venerdì 31 gennaio 2014

Koka, przegnani, zaginieni


Kolumbia, okolice Cartageny. Osada Nelson Mandela świeci z daleka białymi daszkami malutkich baraków. Są usiane ciasno i chaotycznie, jeden przy drugim. Tysiące białych daszków i wyblakłe, wątłe kępy zieleni stapiają się w jedną całość z piaszczystymi pagórkami. Mrowisko – przychodzi na myśl, kiedy kolumbijska fotoreporterka Olga Lucia Paulhiac tłumaczy, że w tej osadzie mieszka 45 tys. osób. To desplazados, przegnani. Mieszkają w domkach skleconych z blachy falistej, desek, kartonu i plastikowej folii.

Tekst: AGNIESZKA ZAKRZEWICZ
Fotografie: OLGA LUCIA PAULHIAC, SERGIO RISPOLI

Ubity kawałek ziemi o nieregularnym kształcie to centralny plac osady. Pośrodku – zamiast pomnika, takiego jakie stoją na wszystkich kolumbijskich placach – drewniany pal z oznaczeniem przystanku autobusowego, rozkładem jazdy i tabliczką: „Nelson Mandela – Centrum”. Jeden z baraków stojących przy placu wygląda bardziej reprezentacyjnie – zbity z równych desek i wybielony. Duży napis na ścianie: sklep oraz symbol telefonu są wymalowane odręcznie. Obok skrzynka pocztowa i latarnia. Przed drewnianym budynkiem w kolorze błękitnym, zadaszonym ondulatem wspartym na palikach, siedzą dzieciaki z tornistrami. Mały napis informuje: szkoła.
Od placu odchodzi długa piaszczysta droga, pełna kolein nawet gdy nie pada. Pełznie przez jeden, drugi i trzeci pagórek, na których rozciąga się osada – w kierunku Cartageny. Mówi się więc na nią ulica Cartageńska. Kiedy w 1995 r. przybyły tu pierwsze rodziny desplazados (przegnanych) – nie było jeszcze placu, tylko jałowe pagórki. Potem przyszli następni i teraz od Cartageńskiej odchodzi wiele wąskich dróżek, które przemierza się z trudem. Nad wszystkim falują linie wysokiego napięcia.
– Większość mieszkańców ma już światło w domach – mówi przewodniczka. – Największy problem mają jednak z wodą. Boją się kopać studnie głębinowe, gdyż pod spodem są odpady toksyczne. Do niedawna na tym pagórku stała nawet tablica ostrzegawcza. Teraz widocznie ktoś ją usunął.

DOM NA SPRZEDAŻ 

Przed domem wyrósł piękny jaśmin. Babcia Bell codziennie nosiła wodę, żeby go podlewać. Carlos i Juan to jej najstarsze wnuki, synowie córki Marii Dolores, która ma troje dzieci i najmłodsze karmi piersią. Odpoczywają w środku z dziadkiem Jose Huanem i mężem siedemnastoletniej Marii Dolores – Ramirem.
Pochodzą z San José de Apartadó, z departamentu Antiochii. W marcu 1997 r. oddziały paramilitarne weszły do wioski o świcie. Spędzono wszystkich mieszkańców, a dowódca oskarżył trzech mężczyzn o współpracę z Rewolucyjnymi Siłami Zbrojnymi Kolumbii (RSZK). Zabito ich na miejscu, przebrano w partyzanckie mundury i trupy zabrano helikopterem. Była to akcja oddziałów paramilitarnych wymierzona w Unión Patriótica (Związek Patriotyczny – komunistyczna partia, która powstała z RSZK; w latach 1985–96 zostali wymordowani prawie wszyscy jej działacze – blisko 2 tys. osób). Kiedy San José de Apartadó chcąc zachować neutralność ogłosiło się comunidad de paz (wspólnotą pacyfistyczną), ataki zbrojne nasiliły się. Wracały oddziały paramilitarne i wojsko. Przychodziły też do wioski ekspedycje karne partyzantki komunistycznej i szukały kolaborantów. Rodzina Doloresów uciekła z San José, kiedy zaczęły się masakry i zanim wybuchła epidemia malarii. Mieszkali najpierw w barakowisku na przedmieściach Medellin, ale i tam było niebezpiecznie ze względu na szwadrony śmierci. Potem przyjechali do Cartageny i zostali skierowani do Mandela. Mąż Marii Dolores jest murarzem. Razem z dziadkiem wybudowali ten dom – z desek, z podłogą wylaną cementem. Mają lodówkę, beczki na wodę i druciany, bujany fotel dla dziadka – przedmioty, które Ramiro zabrał z willi, którą remontował w mieście. Przy wejściu tabliczka: „Se vende una mehora. Informe a qui” (Dom na sprzedaż. Wiadomość na miejscu). Babcia Bell gotowa go sprzedać za 500 dolarów.
Sąsiedzi nie mają podłogi. Cztery pale wbite w ziemię stanowią szkielet, z którego zwisają płachty plastiku. W środku śpi jedenaście osób – Rosa, jej siostra i dziewięcioro dzieci. Ich mężowie są desaparecidos (zaginieni). Uciekły z dziećmi z okolic Riosucio, w departamencie Chocó.
– W Mandela mieszkają przegnani z Antiochii, Chocó, Bolivaru, z regionu kawowego, z obszarów, gdzie uprawia się kokę, wydobywa złoto. Ponad połowa mieszkańców to dzieci – tłumaczy kolumbijska fotoreporterka. – Wiele plemion musiało opuścić swoje terytoria, gdyż królowie wojny i narkoprzemytnicy zajęli je pod uprawę koki; potem wkraczały oddziały paramilitarne, by dokonać masakr, lub wojsko, które w ramach walki z narkoprzemytem spryskuje uprawy środkami chemicznymi, zakwaszającymi glebę. Później już nic tam nie rośnie i ludzie muszą emigrować, by nie umrzeć z głodu. Obecnie w Kolumbii jest półtora miliona desplazados, żyjących w barakowiskach podobnych do tego.

PROŚBA O POKÓJ
 
Kolorowy autobus przyjechał punktualnie. Na pulpicie obok kierownicy stała plastikowa Madonna i fotografia jakiejś lokalnej gwiazdy seriali telewizyjnych w negliżu. W lusterku odbijała się charakterystyczna szeroka twarz młodego latynoskiego macho jakby wyjętego z filmu z lat 80. Uśmiechał się sprzedając bilety. Na każdym przystanku wsiadał ktoś z wiaderkiem ze zmrożonym lodem lub przekąskami. Rudery Mandeli oddalały się, gdy Olga Lucia Paulhiac tłumaczyła, na czym polega pesca milagrosa (cudowny połów): – Obstawia się drogę, a potem rzuca kośćmi. Numer, który wypadnie – wyznacza, co który samochód zostanie zatrzymany. Pasażerowie zostają uprowadzeni.
Cudowny połów wymyślił Edinson Romana – 30-letni dowódca 56 Frontu Rewolucyjnych Sił Zbrojnych Kolumbii, który nosi dwa przydomki: Che i Car Uprowadzonych. Inspiracji nie szukał daleko – wzorował się na terrorystycznych metodach Pablo Escobara, który porwaniem dziennikarzy w 1990 r. poruszył opinię światową. Na Romana zostało wydanych już dwanaście nakazów aresztowania, a w USA czeka go dożywocie za porwanie pięciu obywateli amerykańskich. Liczba uprowadzeń dla okupu wzrosła, od kiedy rewolucjoniści przestali otrzymywać pomoc finansową z bloku komunistycznego. Zdjęcia Romana czasami ukazują się w kolumbijskich gazetach. Pozwala się fotografować w berecie, w charakterystycznych pozach, które upodabniają go rzeczywiście do Che Guevary. Tylko spojrzenie ma mniej romantyczne.
Włoski lekarz z międzynarodowej organizacji Lekarze bez Granic opowiadał w hotelu, że podróżując po kraju napotyka często blokady dróg. Raz są to partyzanci, raz oddziały paramilitarne. Są uzbrojeni po zęby, mają komputery przenośne i satelitarne telefony komórkowe – dzięki czemu mogą sprawdzać dane personalne zatrzymanych. Zdarzają się też zwyczajni bandyci, z maczetami.
Autobus dojechał na przedmieścia Cartageny. Również i tu wyrosły małe barakowiska wszędzie tam, gdzie jest choć trochę miejsca. Ciągle ktoś wsiadał próbując sprzedać swój towar pasażerom: wodę, słodycze, lody, jaja iguany uważane za afrodyzjak oraz trutkę na szczury. Klaksony trąbiły wesoło, kiedy kolorowe autobusy mijały się (wyglądają jak wozy karnawałowe, gdyż każdy z kierowców ozdabia je według własnego pomysłu i zgodnie z kanonami kiczu latynoskiego). Dzieci z tornistrami wychodziły ze szkół. Narzeczeni trzymali się za ręce. Miasto tchnęło zwyczajną, powszednią normalnością.
– Kolumbijczycy przywykli do współżycia ze śmiercią. W tym kraju śmierć jest elementem życia – odpowiedziała fotoreporterka słysząc, że Amnesty International szacuje, iż każdego roku w Kolumbii zabija się i porywa kilka tysięcy ludzi. – Po 40 latach wojny domowej, która nigdy się nie kończy, ludzie są już naprawdę zmęczeni. Coraz więcej osób nosi plakietki z napisem „Qiuero la paz” – prosić o pokój w milczeniu to jedyne, co im pozostaje.

KRÓLOWIE WOJNY
 
Z tarasu galerii Cano można podziwiać cały skwer Bolivara. Zbiera się tu inteligencja i arystokracja cartageńska. W pewien sposób to jedno i to samo. W galerii podają znakomitą mrożoną kawę, produkowaną w okolicach Pereiry; sprzedają rękodzieło Indian Guahibos i Kuna oraz złotą biżuterię w stylu prekolumbijskim, ze szmaragdami. Po drugiej stronie skweru świecą kościstą bielą mury Pałacu Inkwizycji. Nad wszystkim króluje barokowa, złota kopuła katedry.
Gazety piszą o negocjacjach pokojowych, które rozpoczęły się w lutym 2000 r. Rząd prezydenta Pastrany oczekuje rozbrojenia oddziałów partyzanckich i ich pomocy w eliminacji upraw kokainy. Partyzanci komunistyczni żądają sprawiedliwości społecznej, redystrybucji bogactw w kraju, który ma 40 mln mieszkańców i 80 proc. z nich żyje w nędzy (w tym 21 proc. na progu przeżycia); żądają też zlikwidowania oddziałów paramilitarnych, będących narzędziem reakcyjnego i skorumpowanego wojska oraz rewizji Planu Kolumbia. Chodzi o 1600 mln dolarów, jakie Kongres amerykański przeznaczył na pomoc dla Kolumbii. Pod słowem pomoc kryje się walka z narkoprzemytem i większość pieniędzy zostanie wypłacona w helikopterach wojskowych.
Carlos Castańo – szef oddziałów paramilitarnych, które powstały w drugiej połowie lat 80., jako odpowiedź prawicy na sukces wyborczy Unión Patriótica – przez 10 lat ukrywał swoje oblicze pod czarną kominiarką. Teraz myśli o karierze politycznej. Tygodnik „Semana” przytacza jego wypowiedź: „Jeśli jest jakiś wróg do zabicia – ja mówię: zabić go! Można rozstrzeliwać i torturować. Wiem, że to pogwałcenie międzynarodowego prawa wojennego i praw człowieka i że przy okazji giną niewinni – ale to samo robią partyzanci. Przykro mi używać metod tak drastycznych, bo również oni są Kolumbijczykami i ludźmi – ale jestem zmuszony robić to dla dobra Ojczyzny”.
Obok, na kolejnych zdjęciach w gazecie, prezydent Andreas Pastrana oraz uśmiechnięta twarz Manuela Merulandy Veleza podczas negocjacji na rzecz pojednania narodowego w San Vincente del Caguan. Kolumbijczycy nazywają tego drugiego Tirofijo (celny strzał). Od ponad trzydziestu lat dowodzi Rewolucyjnymi Siłami Zbrojnymi Kolumbii. W młodości walczył, by rozszerzyć rewolucję kubańską i dokonać rewolucji komunistycznej również w swoim kraju. Dzisiaj coraz częściej jest oskarżany o powiązania z narkoprzemytnikami.
Na ostatniej stronie każdy z dzienników zamieszcza fotografie osób zaginionych. „Ktokolwiek widział proszony jest o kontakt...” – apele bliskich powtarzają się. Przypominają ogłoszenia chilijskich matek desaparecidos.
Ivan Ferero podczas spotkania w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Zagranicznych w Rzymie, gdzie przedstawiał projekt Colombia Nunca Mas (Kolumbia Nigdy Więcej) – nazwał to zbrodniami obrażającymi ludzkość. Uprowadzenia, porwania dla okupu, tortury, zabójstwa polityczne, egzekucje i masakry. Rodziny ofiar, liczne organizacje społeczne i religijne, związki zawodowe oraz stowarzyszenia kulturalne (kolumbijskie i międzynarodowe), jakie uczestniczą w tym projekcie – udokumentowały już 38 tys. przypadków popełnienia przestępstw kwalifikowanych jako zbrodnie przeciwko ludzkości. Odrażająca praktyka masakrowania zwłok, tak aby ofiary nie były rozpoznawalne, powoduje jednak, że zbrodnie te nie są klasyfikowane – nie istnieją więc oficjalnie.
Jedna z gazet publikuje czarno-białe zdjęcie ofiar masakry w El Saldo, mającej miejsce kilka lat temu. Ciała podziurawione przez kule, wyciągnięte na ziemi w szeregu. Pod spodem napis: „Oddziały paramilitarne zabiły 30 indios”. Kolumbijska fotoreporterka pokazuje zdjęcia przepięknych, wysmukłych kobiet z plemienia U’wa z kwiatami we włosach. Pozostało ich już tylko 50 tys. Słynna VII Brygada organizowała w latach 60. polowania na tubylców, nazywane guahibiadas.
W księdze gości hotelowych Thomkin’s House widnieje wpis: „Ojcze nasz, któryś jest w niebie, Panie gór i wiatru, Władco ptaków. Ty widziałeś ludzi – najeźdźców i kupców niewolników, jak zrywali nas siłą z drzew dżungli, łamali nasze skrzydła i wywozili daleko. Ty znasz nasze głosy i rozumiesz krzyki. Krzyki plemion wolnych: Guahibos, Kuna, Arhuacas. Posłuchaj więc naszego milczenia w tej klatce pełnej żalu...”

SZKOŁA MARQUEZA 

FNPI – Fundacja Nowego Dziennikarstwa Iberoamerykańskiego mieści się na ulicy San Juan de Dios. Zabytkowy dom kolonialny. Pokoje redakcyjne, sala konferencyjna, biblioteka, salon dla gości. To, co najbardziej uderza w Ameryce Łacińskiej – to kontrasty. Masakry, desplazados, desaparecidos i jednocześnie wysoki poziom kultury. Fundację założył Gabriel Garcia Marquez w 1994 r. Organizuje kursy profesjonalne dla dziennikarzy w różnych krajach iberoamerykańskich, patronuje jej UNESCO. Kilka ulic dalej – inna szkoła – Kolegium Ciała. Założył ją Alvaro Restrepo – słynny artysta i choreograf tańca współczesnego. Jego uczniowie (wśród których znajdują się również dzieci przegnanych) wyjeżdżają ze swoim pierwszym spektaklem do Paryża. W galeriach cartageńskich można obejrzeć obrazy młodych artystów nowojorskich. Na ulicach wielkie plakaty informują, że trwa międzynarodowy festiwal filmowy. Bez problemu można znaleźć kawiarnie internetowe i komunikować się z całym światem. Ci Kolumbijczycy, którzy mogą sobie na to pozwolić – podróżują dużo i mówią biegle w wielu językach.
Dyrektor FNPI Jaime Abello Banfi na pytanie – jakie nadzieje pokładają Kolumbijczycy w amerykańskim Planie Kolumbia i w negocjacjach pokojowych, które Pastrana podjął z partyzantką – odpowiada: – Ludzie pokładają nadzieję we wszystkich negocjacjach, które toczą się od 40 lat. Te z reguły koncentrują się na dalekiej przyszłości – równość społeczna, redystrybucja bogactw, uwłaszczenie ziemi... To procesy długoterminowe, podczas gdy Kolumbia potrzebuje zmian radykalnych. Prawdziwym problemem tego kraju jest koka. Narkoprzemytnicy żyją z kokainy, partyzantka i oddziały paramilitarne finansują się z uprawy i handlu kokainą. Z powodu kokainy się zabija, przepędza ludzi, niszczy środowisko. Nieustający konflikt zbrojny to dobry biznes i rynek zbytu dla międzynarodowych producentów broni. Moim zdaniem polityka prohibicji zaczyna zbyt dużo kosztować. Nie łudzę się – w Kolumbii zapanuje pokój dopiero wtedy, gdy uprawa koki zostanie zalegalizowana i kontrolowana przez państwo.
Na lotnisku w Bogocie armia celników kontroluje skrupulatnie bagaże pasażerów. Przeszukuje ubrania, zagląda do kosmetyczek. Poszukuje czegoś, co przypomina sproszkowaną kredę.
We Frankfurcie witają dwa wilczury. Obwąchują dokładnie osoby i bagaże, podczas gdy policja sprawdza paszporty.

© AGNIESZKA ZAKRZEWICZ, 2001

Reportaż został opublikowany w Tygodniku POLITYKA
 
----------------------------------------------------------------------
Wszystkie teksty i zdjęcia zamieszczone na tym blogu są chronione prawem autorskim.
Wszelki plagiat, przedruk lub wykorzystywanie bez zgody autora
jest wykroczeniem i roszczenia z tego tytułu będą dochodzone
na drodze sądowej.

Nessun commento:

Posta un commento

Nota. Solo i membri di questo blog possono postare un commento.