Na trybunie honorowej partia BAAS była w pełnym
komplecie. Zielone uniformy, czarne berety i czarne wąsy. Wydawali się
jednakowi, na obraz i podobieństwo najwyższego wodza – Saddama, który w tym
dniu obchodził 63 urodziny. Wielka manifestacja w rodzinnym mieście Tikrit była
na jego cześć. Jubilata jednak nie było, co dało się przewidzieć, bo już od
ponad dwóch lat nie pokazuje się publicznie, po tym, jak podczas wizyty w
eleganckiej handlowej dzielnicy Bagdadu seria z karabinu maszynowego raniła go
w nogi. Klony Saddama widzi się nie tylko na trybunach.
Tekst: AGNIESZKA ZAKRZEWICZ
Fotografie: AGNIESZKA ZAKRZEWICZ I SERGIO RISPOLI
Wykrzykując entuzjastycznie „Saddam! Saddam!”, przed trybuną honorową przemaszerowały najpierw dzieci przebrane za kwiaty, a potem kadeci, zasłużeni, kobiety i mężczyźni. Wszystko miało powab pochodu pierwszomajowego: sztandary, chorągiewki, sztuczne kwiaty i asfalt, ozdobiony mozaikami wymalowanymi emulsją. Nowy sekretarz – Izaat Ibrahim z zadowoleniem pozdrawiał tłumy. Zszedł potem z trybuny, by podzielić tort Saddama i w zastępstwie jubilata poczęstować nim najwierniejszych. Duże porcje ciasta na plastikowych talerzach i chłodną pepsi-colę ze słomką rozniesiono wśród obecnych gości, aby mogli zjeść i wypić za zdrowie nieobecnego.
Pojawił się dopiero wieczorem, w telewizji. Siedział na krześle wielkim jak tron. Mrużył oczy jak stary lew i czasami podkręcał czarnego wąsa. Transmisja z Domu Narodu. Wystawna sala pełna marmurów i złoceń. Znowu było mnóstwo dzieci – tańczyły „Jezioro Łabędzie” i „Taniec z szablami”. W holu hotelowym, już w Bagdadzie, młodzi adepci służb specjalnych – w ramach zajęć praktycznych – trzymają gości na oku. Są rozentuzjazmowani – przed obiadem byli w Pałacu Prezydenckim w Tikrit i jedli tort urodzinowy. Mówią, że wszystkie domy prezydenta należą do narodu i że dom każdego Irakijczyka stoi otworem dla prezydenta.
KIERUNEK BAGDAD
Na granicy irackiej wielki Saddam Husajn, ozdobiony papierowymi girlandami, wita uśmiechając się spod wąsa. Wąsatym strażnikom brakuje guzików przy mundurach i każdy ma inne buty. Liczą soczewki w obiektywach oraz filmy tak skrupulatnie, jakby dyktator z obrazu podglądał ich bez ustanku. Potem zapisują to wszystko przez wiele godzin na pożółkłych kartkach w trzech egzemplarzach, dając dyskretnie do zrozumienia, że dziesięć dolarów przyspieszyłoby procedury i zerkając raz w kierunku jordańskich kierowców, raz na Saddama. Wreszcie rekwirują telefony komórkowe.
Młodzi wąsaci mężczyźni, niczym zdjęci z portretu, godzinami podpierają ściany. Pozdrawiają gości i odprowadzają długim uważnym spojrzeniem, podczas gdy mniejsze i większe podobizny dyktatora, w różnych pozach i strojach zdobiące każdy zakątek hotelu, też patrzą na nich. W holu i po piętrach snują się stare kobiety ubrane od stóp do głów w czarne czadory; towarzyszą im mężczyźni z siwymi brodami w białych turbanach. – To zagraniczni pielgrzymi, którzy przybyli do Złotego Meczetu na święto żałobne – tłumaczą później zaprzyjaźnione klony Saddama. Jest również sporo obcokrajowców. Słyszy się i mówi w bardzo wielu językach – przede wszystkim po angielsku. Nikt jednak nie wygląda na turystę. Chłopaki z wąsami objaśniają uprzejmie: delegacje sportowe z krajów arabskich, Rosji i Korei; astronomowie włoscy – przybyli obejrzeć uszkodzony w czasie wojny teleskop Zeissa; francuscy specjaliści od hydroelektryki; architekci japońscy i biznesmeni z różnych stron świata, którzy załatwiają transakcje w ramach programu „Żywność za ropę” i już teraz proponują kontrakty na przyszłość, kiedy embargo upadnie. Tak, embargo... Cieknące krany w łazienkach hotelowych i tynk odpadający ze ścian przypominają, że znajdujemy się w kraju skazanym na sankcje ekonomiczne od dziesięciu lat.
Na ulicy, przed wejściem, kilkuletnie dzieci za dolara proponują amerykańskie gumy do żucia i czerwone Marlboro. Jak na Kubie. Kiedy zaczynają być natrętne, tajna policja je odgania. Żebranie jest zabronione. Fotografowanie żebrzących dzieci – niewskazane. Bagdad robi jednak lepsze wrażenie niż Hawana. Tam – piękne eklektyczne wille obrócone w ruinę, skorodowane przez morze niby zęby przez szkorbut i z wygaszonymi światłami, jak przed nalotem. Tu – nowoczesna architektura islamska; szerokie, dobrze wyasfaltowane ulice, kolorowe sklepiki obwieszone pstrokatymi tablicami reklamowymi, malowanymi odręcznie i rozświetlone, złote kopuły meczetów. Ani śladu po bombach. Nowe mosty, nowe gmachy i nowe monumenty. Tylko w oczach ludzi takie samo zmęczenie zmaganiami – z brakiem części zamiennych, uszczelek do kranu, nowych butów, lekarstw, witamin i filtrów do wody pitnej.
BABILOŃSKI LEW
Reżimy pozostawiają w spadku oprócz wystawnych instytucji państwowych również wystawne monumenty. Jest to gratyfikacja dla przeciętnego obywatela, który w ten sposób też staje się uczestnikiem historii.
Al-Ameria Shelter, nowoczesny schron na wypadek wojny bakteriologicznej, zaprojektowany i wybudowany przez Finów. Dwa piętra, jedno pod ziemią, drugie na powierzchni; mury z żelbetonu dochodzące do trzech metrów grubości i podwójne drzwi blokujące się automatycznie w momencie ataku. Został rozpoznany jako prywatny bunkier Saddama Husajna i Amerykanie zbombardowali go w 1991 r. dwiema bombami najnowszej generacji, zdolnymi wwiercać się w żelbeton. Pierwsza nie przebiła się, druga uderzyła w to samo miejsce z chirurgiczną precyzją. W środku znajdowało się 350 matek i dzieci. Większość ugotowała się żywcem, zwęgliła lub roztopiła. Na ścianach widać cienie, na suficie są odbite ślady dziecięcych rączek.
Kobieta, która jest dziś kustoszem tego przygnębiającego muzeum śmierci – uznawanego w świecie arabskim za „Oświęcim Bliskiego Wschodu” – straciła w środku całą rodzinę. Na moment przed bombardowaniem wyszła na zewnątrz przeprać ubranka dziecka.
Tragedia rozegrała się na jej oczach. Jak się nazywa? Każe mówić na siebie „Cień”, bo z bólu zapomniała wszystko: imię, nazwisko, wiek. Natychmiast na myśl przychodzi inna spotkana kiedyś matka – młoda Kurdyjka, która pokazywała zdjęcie swojego malutkiego dziecka zabitego gazem paraliżującym, jakim oddziały irackie bombardowały Kurdów. Potem przypominają się dzieci z bagdadzkiego szpitala: wychudłe, z zapadniętymi oczami, umierające na biegunkę i białaczkę. Iracki lekarz w białym fartuchu zarzuconym na zielony uniform partyjny chłodnym, ale i bardzo smutnym głosem wyrecytował: – Embargo pochłonęło już blisko dwa miliony ofiar ludzkich. Te dzieci są ofiarami embarga i pocisków uranowych rozsianych na terytorium Iraku, wywołujących skażenie radioaktywne.
Tablica pamiątkowa na bunkrze informuje, że nosi on imię Saddama Husajna. Tak jak zresztą wszystko w tym kraju: instytuty kultury, centrum sztuki i fotografii, radio i telewizja, szpitale oraz wyspecjalizowane kliniki zdrowotne – obstawione jak bunkier i mauzoleum przez żołnierzy z karabinami.
W hotelu fotoreporter jordański mówi, że radio irańskie, którego właśnie słuchał, podało, iż „Iran dokonał udanego ataku na Bagdad, zadając odwiecznemu wrogowi ciężkie straty”. Rzucamy się do okien. Irakijczycy uspokajają, że to nic nadzwyczajnego – raz bombarduje Iran, raz amerykańskie samoloty strzegące no fly zone (strefy zakazu lotów samolotów irackich). W kilka dni później pociski irańskie spadają znowu na Bagdad. Wiadomość podaje również włoska i francuska telewizja, bo tym razem były ofiary.
Niedługo potem Babilon ukazuje się nam niczym fatamorgana. Dawno, dawno temu zatrzymywały się tu karawany podążające w kierunku dwunastu wież antycznego miasta Ur i dalej, w stronę minaretów świętej Mekki. Wiozły towar na jarmarki, gdzie pod wielkimi, białymi namiotami handlowano zamorskim zielem, dywanami i grzebieniami z kości słoniowej; ważono daktyle oraz sól i mieszano pastę z miodu i liści przynoszących zapomnienie. Dzisiaj labirynt z glinianych cegieł w kolorze piasku, pachnących jeszcze świeżością, wygląda jak olbrzymia teatralna dekoracja ustawiona na pustyni. Jest pusto, kroki odbijają się echem.
Jedyne, co pozostało z czasów asyryjsko-babilońskich, to wielka, kamienna rzeźba przedstawiająca lwa, który powalił na ziemię człowieka. Jeden z młodych wąsatych tłumaczy, że ten antyczny monument można interpretować inaczej: człowiek schronił się pod lwa, by on – swoją siłą i odwagą – wybronił go od niebezpieczeństw. Potem dodaje, że lew symbolizuje prezydenta.
W oddali, na wzgórzu, majaczy jeden z licznych pałaców Saddama Husajna – wygląda jak nowoczesna twierdza Saladyna.
WDOWA SOAD
Zawsze znajdą się znajomi, którzy proszą cię o przysługę, kiedy jedziesz odwiedzić ich rodzinny kraj – przekazanie pozdrowień dla bliskich, pieniędzy, prezentu dla dziecka, lekarstw. Tak było i w tym przypadku. Poproszono, abyśmy przekazali kopertę z banknotami i nowe, eleganckie buty dla Gazuana. O Soad – matce Gazuana wiedzieliśmy, że straciła na wojnach starszego syna, męża i dwóch braci i że była nauczycielką.
– U nas mogliby cię uznać za szpiega, a za to jest kara śmierci – skwitował wydymając usta.
Domek jednorodzinny w rezydencjalnej dzielnicy Bagdadu nie wyróżniał się niczym szczególnym. Żelazna brama, ładnie zagospodarowany ogród i stara palma, dorastająca do drugiego piętra. Wnętrze jasne i schludne, z dywanami na podłodze i kilkoma książkami na półkach, miało w sobie coś, co charakteryzuje wszystkie domy inteligenckie w każdym zakątku świata. Podano herbatę z mandarynek z Al Basry w małych szklankach, suszone daktyle i ciastka z miodem. Z portretów nie patrzył jednak Saddam Husajn, lecz dwaj mężczyźni – młodszy i starszy. Oliwkowa cera, duże ciemne oczy i mundury zapięte na ostatni guzik. Mąż nie wrócił z wojny iracko-irańskiej. Syn poległ podczas Desert Storm (operacja Pustynna Burza). Wdowa nie otrzymała po nich żadnych pamiątek. Zginęli bez śladu, zasypani przez piasek pustyni.
Soad jest ubrana w długą ciemną sukienkę, ma luźno rozpuszczone kasztanowe włosy, złote kolczyki w uszach i jasną szminkę na ustach. Tłumaczy, że tylko religijne sunnitki noszą chustki na głowie i że kobiety w Iraku mają takie same prawa jak mężczyźni: mogą pracować, kształcić się, rozwodzić, występować w telewizji i uczęszczać do miejsc publicznych. Mówi, że bardzo lubi słuchać Szopena, że wcześniej pracowało tu wielu Polaków i że teraz spotyka się ich rzadko, ale za to jej sąsiad wyemigrował do Polski i otworzył restaurację. – Tu wszystko drożeje z dnia na dzień – narzeka Soad.
Czy Irakijczycy mogą wyjeżdżać swobodnie z kraju? – Tak – odpowiada kiwając głową – ale jest to praktycznie niemożliwe. Wdowa Soad dziękuje za zaproszenie na kolację, ale nie jest wskazane, by pokazywała się w towarzystwie obcokrajowców zbyt długo. – Następnym razem – mówi, odprowadzając gości do bramy.
WĄSY HISTORII
Mężczyzna pracujący w kantorze obwieszonym portretami Saddama na widok dziesięciu dolarów wyjmuje gruby rulon niebieskawych banknotów i kładzie go na wagę szalkową, która pokazuje blisko ćwierć kilograma. Wychodzimy z reklamówką pełną forsy, która nie ma wartości. Kilkuletni pucybut, z deską na szyi i szmatą w ręku, uśmiechnięty i bez wąsów – śledzi nas od dłuższego czasu. Pozwalamy mu w końcu wyczyścić nasze buty i dajemy jeden z banknotów z Saddamem, jakich mamy ponad setkę. 250 dinarów – równowartość 50 groszy. Jest cały szczęśliwy, że nie musi wydawać reszty.
Kramy, kramiki i uliczni sprzedawcy z towarem w rękach. Dywany, korale, tkaniny, chusty, starocie, przyprawy i zioła. Stare pióra Montblanc i zegarki z Saddamem. Dziesiątki rąk wyciągają się w naszym kierunku, proponując Saddama w każdym sosie: solidne, nakręcane rosyjskie zegarki z młodym dyktatorem w mundurze, zegarki irackie z Saddamem w dziesięciu symbolicznych pozach, jakie widzi się na obrazach wystawionych w każdym zakątku kraju, i chińskie, plastikowe z Saddamem lekko skośnookim, przypominające Swatch Pop. Wszyscy zachwalają swój towar, próbując wcisnąć go za każdą cenę. Jakiś wyrostek ciągnie nas za rękę w kierunku sklepiku swojego wujka, obiecując po angielsku, że pokaże coś specjalnego. W przeszklonej witrynie leżą stare, piękne zegarki wybornych marek. Kupiec z siwymi wąsami i białym turbanem na głowie przerywa palenie wodnej fajki i demonstruje nam z dumą swoją kolekcję, a przede wszystkim dwa złote Rolexy z lat trzydziestych. Kiedy nie widzi zainteresowania, wskazuje palcem na inny zegarek i mówi: – Karim Ali Kassem – ojciec republiki.
Na tarczy zegarowej szwajcarskiego Olmy z lat sześćdziesiątych – takie zegarki dyktatorzy arabscy zwykli byli zamawiać w limitowanych ilościach z okazji osobistych rocznic – figuruje mężczyzna o pociągłej twarzy, w mundurze i furażerce. Też ma czarne wąsy! W 1958 r. dokonał zamachu stanu, który obalił monarchię i kosztował życie króla Fajsala II oraz premiera Saida; w 1963 r. sam zginął w puczu przygotowanym przez partię BAAS, w której szeregach zaczął wyróżniać się młody Saddam Husajn.
© AGNIESZKA ZAKRZEWICZ, 2000
Reportaż został opublikowany w Tygodniku POLITYKA
----------------------------------------------------------------------
Wszystkie teksty i zdjęcia zamieszczone na tym blogu są chronione prawem autorskim.
Wszelki plagiat, przedruk lub wykorzystywanie bez zgody autora
jest wykroczeniem i roszczenia z tego tytułu będą dochodzone
na drodze sądowej.
Wszystkie teksty i zdjęcia zamieszczone na tym blogu są chronione prawem autorskim.
Wszelki plagiat, przedruk lub wykorzystywanie bez zgody autora
jest wykroczeniem i roszczenia z tego tytułu będą dochodzone
na drodze sądowej.









Nessun commento:
Posta un commento
Nota. Solo i membri di questo blog possono postare un commento.