venerdì 31 gennaio 2014

JA JESTEM CIAŁEM


“Kolumbia jest krajem, który wymaga dogłębnej rewolucji mentalności, kultury i wrażliwości społecznej. Rewolucji pacyfistycznej, zaczynającej się od ewolucji osobistej i moim zdaniem - edukacja jest jedynym sposobem na przeprowadzenie jej. Ja nie mam innych środków, jak tylko moje własne ciało. Moje ciało jest moją strategią, bo ciało jest również głęboką metaforą. Społeczeństwo jest jak ciało złożone z organów i z komórek - czyli jednostek. Pokój społeczny zależy od zdrowia całego ciała, a więc od zdrowia komórek - pokoju i dobrobytu pojedynczych ludzi...” 


Tekst: AGNIESZKA ZAKRZEWICZ
Fotografie: SERGIO RISPOLI I AGNIESZKA ZAKRZEWICZ


ciało jest moją strategią, bo ciało jest głęboką metaforą

 

W Kartagenie uderzyło mnie, że mieszkańcy wystawili pomniki - nie przodownikom pracy, generałom czy dyktatorom, lecz - zwierzętom, roślinom i rdzennym mieszkańcom tej ziemi. Monument kraba odlanego z niebieskawego brązu; błyszczący w słońcu dziób wielkiego, miedzianego tukana; zaśniedziały, pokryty zielonkawym meszkiem klucz kormoranów, wzbijających się w niebo z marmurowej skały; gigantyczna, naga Indianka, wspinająca się na palce...
Alvaro Restrepo, jeden z najsłynniejszych artystów tańca współczesnego, znany jako autor i wykonawca baletów “Rebis”, “Choroba Anioła”, “Raveliana”, po latach kariery nowojorskiej zdecydował się powrócić do Kolumbii i założyć tu Kolegium Ciała. Szkoła tańca, która pozwoli młodym Kolumbijczykom eksperymentować swój talent i wrażliwość artystyczną, zaczęła działać w 1997 roku, pod patronatem francuskiego Centrum Tańca Współczesnego w Anger, kierowanego przez Marie France Delieuvin. Rada Miejska Kartageny oddała dla potrzeb Kolegium piętnastowieczny, zabytkowy klasztor jezuicki. W całym przedsięwzięciu maczał palce również Gabriel Garcia Marquez, który założył Fundację Nowego Dziennikarstwa Iberoamerykańskiego, prowadzącą kursy dla dziennikarzy z Ameryki Łacińskiej, z udziałem sławnych piór z całego świata i pod patronatem UNESCO. Marzeniem wszystkich jest uczynić z Cartagena de Indias miasto kultury, jakie stanie się inną wizytówką tego pięknego kraju, nękanego bezustannie od ponad 40 lat przez wojnę domową.

W 1996 roku przyjechało tu ośmiu zawodowych tancerzy, którzy przygotowywali się w Anger, by rozpocząć roczną pracę w szkołach i na Uniwersytecie. Polegała ona na zajęciach z uczniami, podczas których prowadzono eksperymentalne lekcje wychowania fizycznego, wykładano historię sztuki i tańca oraz prezentowano fragmenty przedstawień. Jako szkoła eksperymentalna została w końcu wybrana podstawówka Inem - “kołchoz” z pięcioma tysiącami uczniów. Na pierwsze zajęcia wytypowano 480 dzieci w wieku od 13 do 16 lat. Kiedy Kolegium Ciała zaczęło funkcjonować w klasztorze Św. Franciszka, przystąpiono do pierwszej selekcji młodych tancerzy oraz przygotowań do spektaklu “Upokorzeni”. Choreografię do niego stworzyli wspólnie Alvaro Restrepo i Marie France Delieuvin. Historia smutna, jakie niestety w Kolumbii przytrafiają się na co dzień... Ciała na ziemi, przykryte tiulem w kolorze popiołu symbolizują zabitych, dziewczyny odziane w błękitne suknie - wdowy tego kraju... Przychodzą one w odwiedziny do swoich zabitych, odkrywają ich, przykrywają na nowo tiulowym popiołem i płaczą. Czarny mężczyzna w łachmanach, krąży do okoła jak cień…
Jak mi powiedział Alvaro, pomysł na spektakl narodził się spontanicznie, po przeczytaniu w gazecie o kolejnej masakrze w wiosce indiańskiej, na brzegach Rio Magdalena dokonanej przez oddziały paramilitarne. Tym razem zamordowano 30 osób. Reszta mieszkańców uciekła, dzieląc los 1,5 miliona desplazados (przegnanych), którzy koczują w slamsach zbudowanych na przedmieściach miast. Tylko jeden mężczyzna, pozostał w pobliżu wioski i wracał każdego wieczoru szukać ciał swoich bliskich. Kiedy na miejsce, po kilu dniach, dotarła lokalna prasa, znaleziono go u kresu sił, ukrytego w zaroślach.

 

ciało każdego z nas jest świętym miejscem, w którym tworzy się kultura

Były to ostatnie próby przed podróżą do Europy, na Tydzień Kultury Kolumbijskiej w Paryżu, gdzie w audytorium UNESCO miała się odbyć premiera baletu “Upokorzeni”. Dla 20 młodych Kolumbijczyków to pierwszy wyjazd z kraju, w wielki świat... i w zasadzie jedyna możliwość takiego wyjazdu. Wśród dzieci, które zostały wybrane, by tworzyć grupę pilotującą Kolegium Ciała jest także Amada Tinoco - piękna, wysmukła, 13-letnia Indios, tańcząca jak gazela. Jej ojciec został zabity w jednej z takich masakr, o jakich opowiada libretto “Upokorzonych”. Matkę porwano gdy miała 8 lat i nigdy nie powróciła do domu. Teraz, Amada żyje z babcią, w slamsie Mandela, na przedmieściu Kartageny, jak większość dzieciaków uczących się w podstawówce Inem.
„Celem Kolegium ma być jednak co innego, niż dawanie szansy ucieczki od biedy”. – podkreślał Alvaro. – „Ma to być wysoce wyspecjalizowana szkoła tańca współczesnego, sławna w całym świecie, gdzie będą mogli ćwiczyć razem biali i czarni, bogaci i biedni.”
“Na początku każdych zajęć ustawiam ich zawsze na przeciwko siebie, twarz w twarz, jak przed lustrem. Chudzi z grubszymi, niscy z wysokimi, ciemnoskórzy z białymi” – tłumaczył mi wybitny tancerz kolumbijski, kiedy staliśmy na parkiecie w klasztorze Św. Franciszka, a jego uczniowie przygotowywali się do próby - “Ćwiczenia fizyczne, eksperymentowanie z własnym ciałem, doskonalenie go, prowadzą do większego szacunku w stosunku do siebie samego, wyrabiają “autoszacunek” i to - naturalnie - są wartości pozytywne, które przenosimy potem na innych. W ten sposób tworzą się podstawy do tego, żeby szanować innych, żeby kochać i respektować “różnicę” jako wartość. Ja nie posiadam ciała... Ja jestem ciałem! Mogę kochać siebie lub nienawidzić i niszczyć siebie samego, a więc swoje ciało. Lekkość lub ciężkość ruchów, kształty, zmarszczki, blizny - to również język ducha: szczęśliwego lub cierpiącego. W ciele każdego z nas jest zapisana pamięć przeżytego czasu, ciało każdego z nas jest świętym miejscem, w którym tworzy się kultura i środkiem jej przekazu.”


“Piękne, utopijne marzenie ludzi, którzy stawiają pomniki ptakom” - pomyślałam ze sceptycyzmem białego Europejczyka. Alvaro wytlumaczył mi jednak, że jego projekt reformy edukacji fizycznej będzie wdrażany w całym kraju. Kolegium Ciała ma kształcić nie tylko zawodowych tancerzy, ale również pedagogów, nauczycieli, choreografów, scenografów i inne kategorie profesjonalne związane z tańcem. Eksperyment dokonany w podstawówce Inem jest powtarzany w innych szkołach i przy ministerstwie oświaty została utworzona komisja pracująca nad nowym programem wychowania fizycznego, który przewiduje wprowadzenie tańca, gimnastyki chińskiej, wschodnich walk obronnych, technik oddychania i medytacji, lekcji anatomii, wychowania seksualnego oraz poprawnego żywienia. Sposób na kształtowanie już w dzieciach szacunku do siebie samych, do swojego ciała i do innych.
“Religia katolicka umartwiła ciało.” - mówi Alvaro - “Reklama telewizyjna pokazuje nam ciało wyidealizowane, doskonałe, które jest bardziej manekinem niż istotą żyjącą Kulturystyka wykształciła mit siły i przemocy fizycznej, gdzie liczy się wielkość mięśni. Piłka nożna, transmitowana w telewizorze, stała się surogatem ruchu fizycznego, który konsumujemy “wirtualnie”, siedząc w fotelu. Trzeba wprowadzić inną filozofię ciała, prawdziwą kulturę ciała, pojmowaną jako proces reformy cywilizacyjnej, która pomoże nam wrócić do siebie samych i do natury. My nie posiadamy ciała - my jesteśmy ciałem. To istotna różnica filozoficzna.”

Kiedy próba „Upokorzonych” zakończyła się, Alvaro opowiadał mi jeszcze o Festiwalu Tańca Współczesnego, który odbywa się co roku w Kartagenie oraz o projektach fotograficznych jakie zrealizował z Ruvenem Afanadorem, będących świadectwem tej nowej, pacyfistycznej rewolucji, wiodącej poprzez ciało i edukację. - “Ja wieżę w komunikację pozytywną” - mówił, odprowadzając nas do wyjścia - “Kolumbia jest już tak zmęczona przemocą, że ludziom nie pozostaje nic innego, jak przekazywanie sobie otuchy i tworzenie nowych wartości, które będą wspólne dla wszystkich. Jedynym środkiem do tego jest kultura.”

Na ulicach Kartageny spotyka się ludzi, którzy noszą plakietki z zielonymi wstążeczkami i napisem “Quiero la paz”. Kobiety, mężczyźni, starcy, dzieci, biali i ciemnoskórzy. Te same plakietki wiszą w oknach sklepów, salonów piękności, barów, kawiarni i autobusów. Nieme, ale zdeterminowane pragnienie pokoju...


© AGNIESZKA ZAKRZEWICZ, 2001

----------------------------------------------------------------------
Wszystkie teksty i zdjęcia zamieszczone na tym blogu są chronione prawem autorskim.
Wszelki plagiat, przedruk lub wykorzystywanie bez zgody autora
jest wykroczeniem i roszczenia z tego tytułu będą dochodzone
na drodze sądowej.

Koka, przegnani, zaginieni


Kolumbia, okolice Cartageny. Osada Nelson Mandela świeci z daleka białymi daszkami malutkich baraków. Są usiane ciasno i chaotycznie, jeden przy drugim. Tysiące białych daszków i wyblakłe, wątłe kępy zieleni stapiają się w jedną całość z piaszczystymi pagórkami. Mrowisko – przychodzi na myśl, kiedy kolumbijska fotoreporterka Olga Lucia Paulhiac tłumaczy, że w tej osadzie mieszka 45 tys. osób. To desplazados, przegnani. Mieszkają w domkach skleconych z blachy falistej, desek, kartonu i plastikowej folii.

Tekst: AGNIESZKA ZAKRZEWICZ
Fotografie: OLGA LUCIA PAULHIAC, SERGIO RISPOLI

Ubity kawałek ziemi o nieregularnym kształcie to centralny plac osady. Pośrodku – zamiast pomnika, takiego jakie stoją na wszystkich kolumbijskich placach – drewniany pal z oznaczeniem przystanku autobusowego, rozkładem jazdy i tabliczką: „Nelson Mandela – Centrum”. Jeden z baraków stojących przy placu wygląda bardziej reprezentacyjnie – zbity z równych desek i wybielony. Duży napis na ścianie: sklep oraz symbol telefonu są wymalowane odręcznie. Obok skrzynka pocztowa i latarnia. Przed drewnianym budynkiem w kolorze błękitnym, zadaszonym ondulatem wspartym na palikach, siedzą dzieciaki z tornistrami. Mały napis informuje: szkoła.
Od placu odchodzi długa piaszczysta droga, pełna kolein nawet gdy nie pada. Pełznie przez jeden, drugi i trzeci pagórek, na których rozciąga się osada – w kierunku Cartageny. Mówi się więc na nią ulica Cartageńska. Kiedy w 1995 r. przybyły tu pierwsze rodziny desplazados (przegnanych) – nie było jeszcze placu, tylko jałowe pagórki. Potem przyszli następni i teraz od Cartageńskiej odchodzi wiele wąskich dróżek, które przemierza się z trudem. Nad wszystkim falują linie wysokiego napięcia.
– Większość mieszkańców ma już światło w domach – mówi przewodniczka. – Największy problem mają jednak z wodą. Boją się kopać studnie głębinowe, gdyż pod spodem są odpady toksyczne. Do niedawna na tym pagórku stała nawet tablica ostrzegawcza. Teraz widocznie ktoś ją usunął.

DOM NA SPRZEDAŻ 

Przed domem wyrósł piękny jaśmin. Babcia Bell codziennie nosiła wodę, żeby go podlewać. Carlos i Juan to jej najstarsze wnuki, synowie córki Marii Dolores, która ma troje dzieci i najmłodsze karmi piersią. Odpoczywają w środku z dziadkiem Jose Huanem i mężem siedemnastoletniej Marii Dolores – Ramirem.
Pochodzą z San José de Apartadó, z departamentu Antiochii. W marcu 1997 r. oddziały paramilitarne weszły do wioski o świcie. Spędzono wszystkich mieszkańców, a dowódca oskarżył trzech mężczyzn o współpracę z Rewolucyjnymi Siłami Zbrojnymi Kolumbii (RSZK). Zabito ich na miejscu, przebrano w partyzanckie mundury i trupy zabrano helikopterem. Była to akcja oddziałów paramilitarnych wymierzona w Unión Patriótica (Związek Patriotyczny – komunistyczna partia, która powstała z RSZK; w latach 1985–96 zostali wymordowani prawie wszyscy jej działacze – blisko 2 tys. osób). Kiedy San José de Apartadó chcąc zachować neutralność ogłosiło się comunidad de paz (wspólnotą pacyfistyczną), ataki zbrojne nasiliły się. Wracały oddziały paramilitarne i wojsko. Przychodziły też do wioski ekspedycje karne partyzantki komunistycznej i szukały kolaborantów. Rodzina Doloresów uciekła z San José, kiedy zaczęły się masakry i zanim wybuchła epidemia malarii. Mieszkali najpierw w barakowisku na przedmieściach Medellin, ale i tam było niebezpiecznie ze względu na szwadrony śmierci. Potem przyjechali do Cartageny i zostali skierowani do Mandela. Mąż Marii Dolores jest murarzem. Razem z dziadkiem wybudowali ten dom – z desek, z podłogą wylaną cementem. Mają lodówkę, beczki na wodę i druciany, bujany fotel dla dziadka – przedmioty, które Ramiro zabrał z willi, którą remontował w mieście. Przy wejściu tabliczka: „Se vende una mehora. Informe a qui” (Dom na sprzedaż. Wiadomość na miejscu). Babcia Bell gotowa go sprzedać za 500 dolarów.
Sąsiedzi nie mają podłogi. Cztery pale wbite w ziemię stanowią szkielet, z którego zwisają płachty plastiku. W środku śpi jedenaście osób – Rosa, jej siostra i dziewięcioro dzieci. Ich mężowie są desaparecidos (zaginieni). Uciekły z dziećmi z okolic Riosucio, w departamencie Chocó.
– W Mandela mieszkają przegnani z Antiochii, Chocó, Bolivaru, z regionu kawowego, z obszarów, gdzie uprawia się kokę, wydobywa złoto. Ponad połowa mieszkańców to dzieci – tłumaczy kolumbijska fotoreporterka. – Wiele plemion musiało opuścić swoje terytoria, gdyż królowie wojny i narkoprzemytnicy zajęli je pod uprawę koki; potem wkraczały oddziały paramilitarne, by dokonać masakr, lub wojsko, które w ramach walki z narkoprzemytem spryskuje uprawy środkami chemicznymi, zakwaszającymi glebę. Później już nic tam nie rośnie i ludzie muszą emigrować, by nie umrzeć z głodu. Obecnie w Kolumbii jest półtora miliona desplazados, żyjących w barakowiskach podobnych do tego.

PROŚBA O POKÓJ
 
Kolorowy autobus przyjechał punktualnie. Na pulpicie obok kierownicy stała plastikowa Madonna i fotografia jakiejś lokalnej gwiazdy seriali telewizyjnych w negliżu. W lusterku odbijała się charakterystyczna szeroka twarz młodego latynoskiego macho jakby wyjętego z filmu z lat 80. Uśmiechał się sprzedając bilety. Na każdym przystanku wsiadał ktoś z wiaderkiem ze zmrożonym lodem lub przekąskami. Rudery Mandeli oddalały się, gdy Olga Lucia Paulhiac tłumaczyła, na czym polega pesca milagrosa (cudowny połów): – Obstawia się drogę, a potem rzuca kośćmi. Numer, który wypadnie – wyznacza, co który samochód zostanie zatrzymany. Pasażerowie zostają uprowadzeni.
Cudowny połów wymyślił Edinson Romana – 30-letni dowódca 56 Frontu Rewolucyjnych Sił Zbrojnych Kolumbii, który nosi dwa przydomki: Che i Car Uprowadzonych. Inspiracji nie szukał daleko – wzorował się na terrorystycznych metodach Pablo Escobara, który porwaniem dziennikarzy w 1990 r. poruszył opinię światową. Na Romana zostało wydanych już dwanaście nakazów aresztowania, a w USA czeka go dożywocie za porwanie pięciu obywateli amerykańskich. Liczba uprowadzeń dla okupu wzrosła, od kiedy rewolucjoniści przestali otrzymywać pomoc finansową z bloku komunistycznego. Zdjęcia Romana czasami ukazują się w kolumbijskich gazetach. Pozwala się fotografować w berecie, w charakterystycznych pozach, które upodabniają go rzeczywiście do Che Guevary. Tylko spojrzenie ma mniej romantyczne.
Włoski lekarz z międzynarodowej organizacji Lekarze bez Granic opowiadał w hotelu, że podróżując po kraju napotyka często blokady dróg. Raz są to partyzanci, raz oddziały paramilitarne. Są uzbrojeni po zęby, mają komputery przenośne i satelitarne telefony komórkowe – dzięki czemu mogą sprawdzać dane personalne zatrzymanych. Zdarzają się też zwyczajni bandyci, z maczetami.
Autobus dojechał na przedmieścia Cartageny. Również i tu wyrosły małe barakowiska wszędzie tam, gdzie jest choć trochę miejsca. Ciągle ktoś wsiadał próbując sprzedać swój towar pasażerom: wodę, słodycze, lody, jaja iguany uważane za afrodyzjak oraz trutkę na szczury. Klaksony trąbiły wesoło, kiedy kolorowe autobusy mijały się (wyglądają jak wozy karnawałowe, gdyż każdy z kierowców ozdabia je według własnego pomysłu i zgodnie z kanonami kiczu latynoskiego). Dzieci z tornistrami wychodziły ze szkół. Narzeczeni trzymali się za ręce. Miasto tchnęło zwyczajną, powszednią normalnością.
– Kolumbijczycy przywykli do współżycia ze śmiercią. W tym kraju śmierć jest elementem życia – odpowiedziała fotoreporterka słysząc, że Amnesty International szacuje, iż każdego roku w Kolumbii zabija się i porywa kilka tysięcy ludzi. – Po 40 latach wojny domowej, która nigdy się nie kończy, ludzie są już naprawdę zmęczeni. Coraz więcej osób nosi plakietki z napisem „Qiuero la paz” – prosić o pokój w milczeniu to jedyne, co im pozostaje.

KRÓLOWIE WOJNY
 
Z tarasu galerii Cano można podziwiać cały skwer Bolivara. Zbiera się tu inteligencja i arystokracja cartageńska. W pewien sposób to jedno i to samo. W galerii podają znakomitą mrożoną kawę, produkowaną w okolicach Pereiry; sprzedają rękodzieło Indian Guahibos i Kuna oraz złotą biżuterię w stylu prekolumbijskim, ze szmaragdami. Po drugiej stronie skweru świecą kościstą bielą mury Pałacu Inkwizycji. Nad wszystkim króluje barokowa, złota kopuła katedry.
Gazety piszą o negocjacjach pokojowych, które rozpoczęły się w lutym 2000 r. Rząd prezydenta Pastrany oczekuje rozbrojenia oddziałów partyzanckich i ich pomocy w eliminacji upraw kokainy. Partyzanci komunistyczni żądają sprawiedliwości społecznej, redystrybucji bogactw w kraju, który ma 40 mln mieszkańców i 80 proc. z nich żyje w nędzy (w tym 21 proc. na progu przeżycia); żądają też zlikwidowania oddziałów paramilitarnych, będących narzędziem reakcyjnego i skorumpowanego wojska oraz rewizji Planu Kolumbia. Chodzi o 1600 mln dolarów, jakie Kongres amerykański przeznaczył na pomoc dla Kolumbii. Pod słowem pomoc kryje się walka z narkoprzemytem i większość pieniędzy zostanie wypłacona w helikopterach wojskowych.
Carlos Castańo – szef oddziałów paramilitarnych, które powstały w drugiej połowie lat 80., jako odpowiedź prawicy na sukces wyborczy Unión Patriótica – przez 10 lat ukrywał swoje oblicze pod czarną kominiarką. Teraz myśli o karierze politycznej. Tygodnik „Semana” przytacza jego wypowiedź: „Jeśli jest jakiś wróg do zabicia – ja mówię: zabić go! Można rozstrzeliwać i torturować. Wiem, że to pogwałcenie międzynarodowego prawa wojennego i praw człowieka i że przy okazji giną niewinni – ale to samo robią partyzanci. Przykro mi używać metod tak drastycznych, bo również oni są Kolumbijczykami i ludźmi – ale jestem zmuszony robić to dla dobra Ojczyzny”.
Obok, na kolejnych zdjęciach w gazecie, prezydent Andreas Pastrana oraz uśmiechnięta twarz Manuela Merulandy Veleza podczas negocjacji na rzecz pojednania narodowego w San Vincente del Caguan. Kolumbijczycy nazywają tego drugiego Tirofijo (celny strzał). Od ponad trzydziestu lat dowodzi Rewolucyjnymi Siłami Zbrojnymi Kolumbii. W młodości walczył, by rozszerzyć rewolucję kubańską i dokonać rewolucji komunistycznej również w swoim kraju. Dzisiaj coraz częściej jest oskarżany o powiązania z narkoprzemytnikami.
Na ostatniej stronie każdy z dzienników zamieszcza fotografie osób zaginionych. „Ktokolwiek widział proszony jest o kontakt...” – apele bliskich powtarzają się. Przypominają ogłoszenia chilijskich matek desaparecidos.
Ivan Ferero podczas spotkania w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Zagranicznych w Rzymie, gdzie przedstawiał projekt Colombia Nunca Mas (Kolumbia Nigdy Więcej) – nazwał to zbrodniami obrażającymi ludzkość. Uprowadzenia, porwania dla okupu, tortury, zabójstwa polityczne, egzekucje i masakry. Rodziny ofiar, liczne organizacje społeczne i religijne, związki zawodowe oraz stowarzyszenia kulturalne (kolumbijskie i międzynarodowe), jakie uczestniczą w tym projekcie – udokumentowały już 38 tys. przypadków popełnienia przestępstw kwalifikowanych jako zbrodnie przeciwko ludzkości. Odrażająca praktyka masakrowania zwłok, tak aby ofiary nie były rozpoznawalne, powoduje jednak, że zbrodnie te nie są klasyfikowane – nie istnieją więc oficjalnie.
Jedna z gazet publikuje czarno-białe zdjęcie ofiar masakry w El Saldo, mającej miejsce kilka lat temu. Ciała podziurawione przez kule, wyciągnięte na ziemi w szeregu. Pod spodem napis: „Oddziały paramilitarne zabiły 30 indios”. Kolumbijska fotoreporterka pokazuje zdjęcia przepięknych, wysmukłych kobiet z plemienia U’wa z kwiatami we włosach. Pozostało ich już tylko 50 tys. Słynna VII Brygada organizowała w latach 60. polowania na tubylców, nazywane guahibiadas.
W księdze gości hotelowych Thomkin’s House widnieje wpis: „Ojcze nasz, któryś jest w niebie, Panie gór i wiatru, Władco ptaków. Ty widziałeś ludzi – najeźdźców i kupców niewolników, jak zrywali nas siłą z drzew dżungli, łamali nasze skrzydła i wywozili daleko. Ty znasz nasze głosy i rozumiesz krzyki. Krzyki plemion wolnych: Guahibos, Kuna, Arhuacas. Posłuchaj więc naszego milczenia w tej klatce pełnej żalu...”

SZKOŁA MARQUEZA 

FNPI – Fundacja Nowego Dziennikarstwa Iberoamerykańskiego mieści się na ulicy San Juan de Dios. Zabytkowy dom kolonialny. Pokoje redakcyjne, sala konferencyjna, biblioteka, salon dla gości. To, co najbardziej uderza w Ameryce Łacińskiej – to kontrasty. Masakry, desplazados, desaparecidos i jednocześnie wysoki poziom kultury. Fundację założył Gabriel Garcia Marquez w 1994 r. Organizuje kursy profesjonalne dla dziennikarzy w różnych krajach iberoamerykańskich, patronuje jej UNESCO. Kilka ulic dalej – inna szkoła – Kolegium Ciała. Założył ją Alvaro Restrepo – słynny artysta i choreograf tańca współczesnego. Jego uczniowie (wśród których znajdują się również dzieci przegnanych) wyjeżdżają ze swoim pierwszym spektaklem do Paryża. W galeriach cartageńskich można obejrzeć obrazy młodych artystów nowojorskich. Na ulicach wielkie plakaty informują, że trwa międzynarodowy festiwal filmowy. Bez problemu można znaleźć kawiarnie internetowe i komunikować się z całym światem. Ci Kolumbijczycy, którzy mogą sobie na to pozwolić – podróżują dużo i mówią biegle w wielu językach.
Dyrektor FNPI Jaime Abello Banfi na pytanie – jakie nadzieje pokładają Kolumbijczycy w amerykańskim Planie Kolumbia i w negocjacjach pokojowych, które Pastrana podjął z partyzantką – odpowiada: – Ludzie pokładają nadzieję we wszystkich negocjacjach, które toczą się od 40 lat. Te z reguły koncentrują się na dalekiej przyszłości – równość społeczna, redystrybucja bogactw, uwłaszczenie ziemi... To procesy długoterminowe, podczas gdy Kolumbia potrzebuje zmian radykalnych. Prawdziwym problemem tego kraju jest koka. Narkoprzemytnicy żyją z kokainy, partyzantka i oddziały paramilitarne finansują się z uprawy i handlu kokainą. Z powodu kokainy się zabija, przepędza ludzi, niszczy środowisko. Nieustający konflikt zbrojny to dobry biznes i rynek zbytu dla międzynarodowych producentów broni. Moim zdaniem polityka prohibicji zaczyna zbyt dużo kosztować. Nie łudzę się – w Kolumbii zapanuje pokój dopiero wtedy, gdy uprawa koki zostanie zalegalizowana i kontrolowana przez państwo.
Na lotnisku w Bogocie armia celników kontroluje skrupulatnie bagaże pasażerów. Przeszukuje ubrania, zagląda do kosmetyczek. Poszukuje czegoś, co przypomina sproszkowaną kredę.
We Frankfurcie witają dwa wilczury. Obwąchują dokładnie osoby i bagaże, podczas gdy policja sprawdza paszporty.

© AGNIESZKA ZAKRZEWICZ, 2001

Reportaż został opublikowany w Tygodniku POLITYKA
 
----------------------------------------------------------------------
Wszystkie teksty i zdjęcia zamieszczone na tym blogu są chronione prawem autorskim.
Wszelki plagiat, przedruk lub wykorzystywanie bez zgody autora
jest wykroczeniem i roszczenia z tego tytułu będą dochodzone
na drodze sądowej.

Obrzyn i szpilki


„W tradycji mafijnej — małżeństwo jest nierozwiązywalne,
rozwodu nie praktykuje się, separacja jest nie do pomyślenia.
Jedyna kobieta ważna dla mafiosa to matka jego dzieci -
inne to kurwy. Jeżeli przez przypadek mąż honoru
ożeni się źle — niech hoduje złą żonę i przestrzega wartości
rodzinnych — dba o dzieci i ich matkę, tak aby niczego im
nie brakowało. Reszta to jego sprawa — niech jednak robi
to z największą dyskrecją”

Giovanni Falcone „Cose di Cosa Nostra”

Sycylia. Corleone. Plac Sędziów Falcone i Borsellino stanowi klin u zbiegu dwóch jednokierunkowych ulic. Stoi tu posąg św. Franciszka, który rozkłada ręce w geście pokoju. Część placu zajmuje park komunalny pełen wysokich palm o rozłożystych koronach. Drugą część stanowi trójkątny skwer wyłożony kostką brukową. Roi się na nim od mężczyzn stojących w grupkach, dyskutujących i gestykulujących zawzięcie. Co jakiś czas któryś przechodzi do innej grupki i wykłada swoje racje, albo bierze pod rękę wybranego interlokutora i prowadzi go na przechadzkę do parku, tłumacząc sprawę do ucha, konfidencjonalnie. Pod pomnikiem Nimfy, na wprost bramy parkowej siedzą w rzędzie staruszkowie. Każdy ma czapkę z daszkiem i opiera się na lasce. Obserwują i milczą. Pod barem kilku wyrostków podpiera ściany. Milczą i obserwują czujni jak psy.
— Gdzie mieszka Ninetta Bagarella? — pytam barmana. Corleone to w końcu małe miasteczko i jak w każdym włoskim miasteczku wszyscy wiedzą wszystko o sobie.
— Kto? — odpowiada jakby nie dosłyszał.
— Ninetta Bagarella, żona Toto Riiny. Ich córka wyszła za mąż we wrześniu i podobno otworzyli sklep ze sprzętem rolniczym...
— A… Nie, nie znam ich osobiście. Niech pani idzie do góry i tam się dowiaduje...
Ulica Rzym wspina się stromo — odchodzą od niej wąskie uliczki, zabudowane gęsto przez stare i nowe domy. Snują się po nich kobiety, które wyszły na zakupy i wracają z pełnymi siatkami. Są ubrane na czarno, niektóre w czarnych chustkach na głowie. Mają czerstwe twarze i patrzą jakby nic nie widziały.
W sklepie z sukniami ślubnymi pytam znów o rodzinę Riina. Sprzedawczyni blednie i wzrusza ramionami. Wykręca się też spotkany po drodze policjant: — Ja nic nie wiem — nie jestem stąd. Zastępuję tylko kolegę na dwa dni. Młodziutki sierżant w komisariacie wskazuje wreszcie drogę, ale z poważną miną odradza wizytę i jakiekolwiek rozmowy — Wie pani co to jest „lupara bianca“?
Wiem: strzelba z oberżniętą lufą. Po polsku – obrzyn. W przenośni również zabójstwo bezdowodowe, które bardzo często zdarza się na Sycylii. Ciało ofiary zostaje zatopione w cemencie, zasypane wapnem lub rozpuszczone w kwasie. Nie ma ciała – nie ma zbrodni.

Bonnie i Clyde z Cosa Nostra

Ninetta Bagarella wróciła do Corleone po aresztowaniu Riiny, w 1993 roku. Nie było jej 18 lat, od kiedy pewnej nocy ulotniła się bez śladu, by uniknąć więzienia. Pochodzi z rodziny mafijnej z długimi tradycjami: dziadek i ojciec byli bossami regionalnymi, brat Leoluca to najokrutniejszy killer Cosa Nostra. Również ona poślubiła mafiosa, i to największego. Don Salvatore Riina to krwawy ojciec chrzestny sycylijskiej Kopuły z klanu corleończyków, zwany „Krótkim“. Policja włoska oskarża go o tysiąc zabójstw. Między innymi wydał wyroki na sędziów Falcone i Borsellino. Po 24 latach Riinę zdradził jego szofer — Balduccio di Maggio. Podobno dlatego, że boss nie pozwolił mu rozwieść się z żoną i żyć z młodą kochanką.
Ninetta zakochała się w bossie starszym o 14 lat będąc jeszcze dziewczynką. Skończyła literaturę na Uniwersytecie w Palermo i uczyła gimnastyki w tutejszej szkole. Był to ewenement w tamtych czasach, gdyż kobiety w małych miasteczkach nie były wyemancypowane. Kiedy Riina zszedł do podziemia, Bagarella broniła swojego chłopa jak lwica. Udzielała wywiadów prasie, a na rozprawach sądowych twierdziła, że mafia to wymysł dziennikarzy. Nosiła warkocze i kolorowe sukienki, zupełnie nie przypominając tradycyjnej żony bossa: grubej matrony ubranej na czarno. Chciano ją skazać na przymusowe przesiedlenie pod nadzorem policyjnym, ale sędzia został zamordowany, a ona uciekła.
Wyszła za Riinę potajemnie w 1974 r. Sakramentu udzielił ksiądz, lecz ślubu nie zarejestrowano. Prawny ślub wzięli dopiero w 1995 r., w palermiańskim więzieniu Ucciardone. Jak się później okazało, był on potrzebny, aby wynosić szyfrowane rozkazy dla klanu. W wielkim procesie przeciwko mafii w 1986 r., w którym skazano 475 mężów honoru wymierzając im łącznie 2665 lat więzienia — nauczycielka z Corleone była jedną z czterech oskarżonych kobiet. Nie skazano jej, gdyż wtedy wciąż panowało przekonanie, że żony i konkubiny bossów są ofiarami kultury mafijnej.
Bonnie i Clyde z Cosa Nostra przez wszystkie te lata – ścigani przez policję i Interpol — ukrywali się w willi z basenem na przedmieściach Palermo. Sąsiedzi jednak nie donosili. Bagarella urodziła Riinie czwórkę dzieci: Marię Concettę, Giovanniego, Giuseppe i Lucię. Wszystkie przyszły na świat w najlepszych klinikach sycylijskiej stolicy i wszystkie zostały zarejestrowane w urzędzie miasta. Giovanni poszedł w ślady ojca — trafił za kratki jako niepełnoletni w 1996 r. i otrzymał wyrok 4 lat i 8 miesięcy za „stowarzyszenie mafijne”. Ninetta znów zaczęła rozmawiać z dziennikarzami. Miała tym razem czarną chustkę na głowie i mówiła, że policja prześladuje całą rodzinę za nazwisko. 23 listopada 2001 roku sąd skazał syna powtórnie — tym razem na dożywocie i to w wieku 25 lat, za cztery zabójstwa. Matka podobno po raz pierwszy uroniła dwie łzy.
W komisariacie w Corleone, przełożony sierżanta powiedział mi, że kiedy rodzina Riina wróciła do miasteczka — Giovanni dał się od razu we znaki: pruł na motorynce po Placu Sędziów Falcone i Borsellino, rozjeżdżając gołębie. Potem przejął klan po ojcu. W ramach chrztu mafijnego swoją pierwszą ofiarę udusił gołymi rękami.

Cosa Nostra w rękawiczkach

W małym miasteczku, takim jak Corleone, trudno nie wiedzieć, gdzie jest Agri-Mar — luksusowy sklep z maszynami i nowoczesnym sprzętem rolniczym. Znajduje się przy głównej drodze, obok stacji benzynowej. Zainwestowali w niego 27-letnia Maria Concetta, 24-letni Giuseppe (rodzeństwo Riina) i 26-letni Tony Ciaravello, świeży zięć Krótkiego. Ślub odbył się 6 września 2001 roku, w kościele św. Matki Corleone. Było ponad stu gości i panna młoda niosła wiązankę z kwiatów pomarańczy. Huczne wesele wyprawiono w restauracji. Starszy pan, który wskazał mi Agri-Mar, powiedział, że było to prawdziwe święto – przez miasteczko przejechała karawana luksusowych samochodów trąbiąc głośno.
Tony Ciaravello — nieduży grubasek z cwanymi oczkami i lekko zabazgraną kartoteką — miota się po sklepie pełnym mężczyzn, podobnych do tych, którzy stali wcześniej na placu. Teść i szwagier są za kratkami — więc on musi rządzić, co wyraźnie sprawia mu przyjemność. Nie chce rozmawiać i nie pozwala, żebym fotografowała. Dziennikarze i sędziowie prześladują nas – krzyczy. — Kiedyś się z wami wszystkimi policzymy! Rozumiem jego wściekłość — w poprzednim tygodniu państwo zarekwirowało majątek biznesmena, w którego willi ukrywała się rodzina Riina, o wartości 140 milionów dolarów. Sporą część stanowiły pieniądze rodzinne ukryte pod cudzym nazwiskiem.
Agri-Mar nie należy prawnie do nikogo z trójki – zapewniono mnie o tym w urzędzie miasta. Na pytanie: skąd tak młodzi ludzie wzięli pieniądze na inwestycję, skoro o kredyty nie jest łatwo? – urzędniczka wzrusza ramionami i odpowiada: — W Corleone mieszka też żona Provenzano i wszyscy wiedzą, że posiada wille, tereny, konta w banku, udziały akcyjne i inwestuje na giełdzie. Prowadzi interesy rodzinne jak wykwintny menedżer i niczego nie można jej udowodnić, bo wszystko jest zarejestrowane na osoby trzecie.
Saveria Palazzolo – żona „ojca chrzesnego“ sycylijskiej mafii – jest z zawodu szwaczką. W 1992 r., pojawiła się w komisariacie i oświadczyła — Jestem kobietą Bernarda Provenzano i chcę żyć spokojnie w domu. Wielokrotnie oskarżano ją o współpracę z mafią, pranie brudnych pieniędzy, ukrywanie przestępców i organizację działalności kryminalnej. Kiedy Provenzano uciekł w 1969 r., wraz z Riiną — policja zaczęła obserwować młodą Saverię. Gdy okazało się, że jest w ciąży z pierwszym dzieckiem, wezwano ją pytając gdzie jest mąż? Odpowiedziała — Dzieci robi się nie tylko z mężem… Potem uciekła tak jak Ninetta.
Bernardo Provenzano — poszukiwany listem gończym od 1963 roku, dowodzi Cosa Nostra z ukrycia i po aresztowaniu Riiny został szefem Kopuły. Nikt nie wie jak rzeczywiście wygląda, gdyż jego jedyna fotografia została zrobiona gdy był młody. Nosi pseudonim „Traktor“ — co mówi wszystko o metodach jakie stosuje.
W komisariacie powiedziano mi również, że Saveria Palazzolo i Ninetta Bagarella to długa ręka Cosa Nostra w atłasowej rękawiczce. Są dowodem na to, jak mafia się zmieniła w ostatnich latach.
Przyciskam wskazany mi dzwonek, przy którym nie ma żadnego nazwiska.
— Kto tam? — przez domofon odzywa się głos kobiecy.
— Jestem dziennikarką, przyjechałam z Polski, z kraju papieża. Chciałam porozmawiać… – wiem, że Bagarella jest bardzo religijna.
W oknie za zasłonką pojawia się cień.

Milczenie jest złotem

Palermo. Pani Maria – siostra sędziego Falcone, mieszka w centrum miasta. Przy wejściu do klatki schodowej czuwa dwóch policjantów. W najgorętszym okresie walki z mafią w pobliżu domów sędziów Falcone i Borsellino nie można było zatrzymywać się i parkować w odległości mniejszej niż sto metrów. Sąsiedzi protestowali w obawie o własne życie i Dyrekcja Śledcza Antymafii przeprowadziła sędziów do bunkra. Nie pomogło… 23 maja 1992 r. na autostradzie w okolicach Capaci mafia dokonała zamachu. Zginęli sędzia Falcone, jego żona Francesca Morvillo i trzej agenci eskorty. 19 lipca 1992 r. na ulicy D’Amelio wybuchła bomba w aucie zaparkowanym pod domem matki sędziego Borsellina. Wraz z nim zginęło pięciu agentów ochrony.
Mieszkanie pani Marii jest pełne pięknych przedmiotów. Gablota z porcelanowymi pastuszkami z XVII wieku, widoki Palermo i Sycylii malowane przez znanych artystów, perskie dywany i srebrne bibeloty wskazują, że rodzina ma długą tradycję mieszczańską. Jasne kolory sof i foteli czynią salon przytulnym, i bezpiecznym. Mała fotografia brata jest ustawiona na sekretarzyku przy wejściu.
– Moim zdaniem to Bagarella ponosi większą odpowiedzialność niż Riina, bo to kobieta przekazuje wartości w rodzinie – pani Maria zaczyna swoją opowieść – A co ona przekazała dzieciom? Zresztą czemu się dziwić, skoro jej brat dopuścił się takich zbrodni...
Brat Ninetty to Leoluca Bagarella, krwawy oprawca. Kiedy Riina trafił do więzienia, wydał rozkaz wymordowania wszystkich zdrajców. Vincenzina Marchese – żona Leoluki Bagarelli – powiesiła się. Trudno powiedzieć czy ze wstydu – gdyż jej brat, boss Filippo Marchese, zaczął kolaborować z policją – czy też z depresji wywołanej życiem z mężem mordercą w ukryciu. Wiedziała ponadto, że Leoluca powinien – i potrafi – ją zabić, aby zmazać plamę na honorze. Jej ciało zniknęło. Brat Ninetty uprowadził 11-letniego Giuseppe, syna Santiny di Matteo, który stał się świadkiem koronnym. Dziecko przetrzymywano ponad rok. Udusił je Giovanni Brusca pod osobistym nadzorem Leoluki. Potem ciało małego rozpuścili w kwasie solnym. Z rąk Leoluki zginęła też Antonella Bonomo. Miała 23 lata i była w trzecim miesiącu ciąży. Po latach znalazły się strzępy zwłok. Obecnie Bagarella odsiaduje wielokrotne dożywocie tak jak jego szwagier Tono Riina.
– Bagarella nie jest ikoną mafii i nigdy nią nie będzie – kontynuuje siostra sędziego. – Kiedy boss umiera lub kończy w więzieniu, żona bossa staje się wdową. Nie rozmawia z nikim, nie pokazuje się publicznie, nie przyjmuje gości w domu, ubiera się tylko na czarno. Wtedy jest to kobieta godna szacunku całej mafii. Taka była Rosaria Castellano – żona Michela Greca, starego padrino, zwanego Papieżem. Ujęli go w bacówce w górach z Biblią w ręku. Od tamtego czasu ona zamknęła się w willi niczym zakonnica. Żona Stefana Bontadego, zwanego Księciem – bossa klanu Inzerillo, zrobiła tak samo.
Papież wydał ponad 100 wyroków śmierci – w tym na sędziego Rocca Chinniciego i komisarza Ninniego Cassara. Złapany 20 lutego 1986 r., odsiaduje dożywocie. Książę został zlikwidowany przez corleończyków w 1981 r. strzałami w twarz.
Pino Arlacchi napisał w „Mężczyznach bez honoru”, że jeżeli kobiety coś wiedzą, wcześniej czy później mówią. Z tego powodu każdy mafioso starał się trzymać jak najdalej od spraw cosa nostry żonę, matkę, siostry i córki. Robił to, żeby je chronić, bo jeżeli kobieta coś wiedziała, kończyło się tak, że musiał ją zabić albo on, albo ktoś za niego.
– Pamiętam zaskoczenie i radość mojego brata, kiedy w 1989 r. przyjechała do niego Rita Simoncini – opowiada Maria Falcone. – Rita była konkubiną Francesca Marina Mannoia – chemika rafinującego heroinę. Żył z nią od lat i miał córkę, ale ożenił się z Rosą z rodziny bossa Vergano, bo był to dobry mafijny mariaż. Cosa Nostra przymykała oko na jego niemoralne prowadzenie się. Kiedy jednak poprosił o zgodę na rozwód – Książę mu odmówił. Po śmierci bossa, Mannoia zdecydował się na współpracę z policją, aby móc wreszcie żyć z Ritą. Gdy zaczął opowiadać o produkcji i handlu heroiną, zabito w odwecie jego matkę, siostrę i ciotkę. Trzy kobiety rozstrzelano przed domem z karabinu maszynowego pierwszy raz w historii mafii. Żona rozwiodła się z nim w pośpiechu, aby nie nosić nazwiska zdrajcy. Dziś Mannoia i Simoncini żyją razem w Ameryce pod zmienionym nazwiskiem, objęci programem ochrony przez FBI.
Luciano Liggio zrewolucjonizował kodeks honorowy starej mafii, każąc zabijać kobiety i dzieci. Nazywano go Profesorem. Przejął władzę po Papieżu i kiedy był szefem Kopuły, podlegali mu Riina i Bagarella. Liggio miał olbrzymie powodzenie u kobiet. Kiedy zabił przywódcę ruchu chłopskiego – narzeczona ofiary przyrzekła zemstę, krzycząc na placu, że zje wątrobę mordercy. Potem zbrodniarza ukrywała we własnym domu.
Pierwszą kobietą na Sycylii, która współpracowała z policją, była Antonina Orlando. Zabili męża na jej oczach. Poszła do adwokata, który wziął pieniądze i doradził, aby milczała. Na szczęście sprawą zainteresował się inny adwokat, broniący wcześniej Frankę Viola – pierwszą dziewczynę, która zdecydowała się oskarżyć swojego gwałciciela. Te odważne kobiety to jednak kropla w morzu. Niestety Sycylijki w większości są jak trzy małpki: jedna zatyka oczy, druga uszy, trzecia usta.
Maria Falcone po zamachu na brata założyła fundację, aby propagować ideały, w jakie wierzył. Przy ulicy Notarbartolo 102, naprzeciw domu sędziego, rosła olbrzymia magnolia. Po zamachu, jeszcze tej samej nocy, ludzie zaczęli przychodzić pod to drzewo. Składali kwiaty, palili znicze, wieszali kartki z kondolencjami, wierszami, protestami. Wisiały jak liście przez wiele tygodni. Później rodzina zebrała je i wydała książkę. Magnolia stała się pomnikiem spontanicznie poświęconym Giovanniemu przez ludzi, dla których był nadzieją.

Nasze głuche milczenie

Na ulicy D’Amelio, gdzie zginął Paolo Borsellino, o zamachu bombowym przypomina tylko mała tabliczka pamiątkowa. Siostra sędziego — Rita Borsellino widziała, jak mafia wysadza w powietrze jej brata. Tak jak Maria Falcone robi wszystko, aby nie zapomniano.
Stąd jest blisko do Ucciardone – pentagonalnej twierdzy przemienionej w najcięższe włoskie więzienie. Tu odsiadują wyroki wszyscy mężczyźni Ninetty Bagarelli. W środku, w auli sądowej przemienionej w bunkier, odbył się wielki proces, gdzie głównym świadkiem był Tommaso Buscetta. Bossowie siedzący w klatkach, przeciw którym zeznawał – krzyczeli: – Wysoki Sądzie, jak można wierzyć facetowi, który jest bigamistą.
Pierwszy świadek koronny we Włoszech zdradził wszystkie sekrety mafii i wszystkie zasady męża honoru. Jego słabością były kobiety. Miał trzy żony. Z pierwszą – Melchiorrą Cavallaro, ożenił się w wieku 17 lat i bardzo szybko spłodził czwórkę dzieci. Kiedy się roztyła – uwiódł Verę Girotti, kochającą ruletkę i życie nocne. Poślubił ją w Nowym Jorku pod zmienionym nazwiskiem i przez 5 lat żył w bigamii. Miał z Verą dwoje dzieci – pozostawiła go z nimi któregoś dnia, zmęczona ucieczką przed Interpolem. Ostatnią wybranką została brazylijska studentka – Maria Cristina de Almeida Guimaraes. Po ślubie, kiedy Cristina była w ciąży z pierwszym dzieckiem, zatrzymała ich policja brazylijska. Kiedy boss siedział w więzieniu po raz drugi, klan corleończyków wymordował mu całą rodzinę. Buscetta zaczął współpracować z sędzią Falcone z miłości do Cristiny.
Od Ucciardone centralną ulicą Wolności można dojść do sądu. Pałac Sprawiedliwości to też obiekt pilnie strzeżony. Gigantyczna budowla z białego marmuru w stylu faszystowskim ma przestrzenne korytarze i olbrzymie aule sądowe. Również i te mury niejedno widziały. Na przykład procesy w sprawie Serafiny Battaglia. Kolejnej wdowy. Przez lata namawiała swojego przyrodniego syna, aby pomścił ojca. Kiedy zabili także jego – z zemsty oskarżyła 30 bossów i świadczyła przeciwko nim w przewodzie sądowym trwającym niemal 20 lat. W sali obrażała przestępców – Wszyscy mafiosi to rogacze! — pluła na nich, wrzeszczała histerycznie. Kiedy sąd przywoływał ją do porządku – odpowiadała: – Gdyby wszystkie kobiety zachowywały się tak godnie jak ja, mafii na Sycylii nie byłoby już od dawna!
Kilka ulic dalej mieści się Centrum Peppino Impastato. Stara Felicia Bartolotta Impastato mieszka w Cinisi nieopodal Palermo. Jej mąż był związany z klanem Tana Badalamenti. Jeden z dwóch synów – Peppino, w dzieciństwie przeżył zamach bombowy na wuja. Jako student założył radio w miasteczku i agitował przeciwko mafii oraz jej lokalnemu bossowi. 9 maja 1963 r. Peppino Impastato został pobity i uduszony. Zwłoki wysadzono w jego samochodzie. Było to w dzień zabójstwa porwanego premiera Aldo Moro – nikt więc do morderstwa na prowincji nie przykładał wagi. Śledztwo umorzono, gdyż skorumpowana policja orzekła, że Impastato należał do Czerwonych Brygad i zginął próbując dokonać zamachu. Z biegiem lat matka i przyjaciele: Anna Puglisi i Umberto Santino, założyli pierwsze we Włoszech stowarzyszenie walczące przeciw mafii. W 1994 r. wystąpili o powtórne dochodzenie. Sprawiedliwości stało się zadość dopiero w marcu 2001 r., po 38 latach.
To również kobiety potrafiły przeciwstawić się skutecznie przestępczości zorganizowanej, zmuszając polityków, aby wydali jej walkę. Po zamachu na sędziów przez miesiące trwał w Palermo protest białych prześcieradeł wywieszanych z okien, milczące marsze i całonocne czuwania. Pogrzeb 19-letniej Rity Atria, która była najmłodszym świadkiem koronnym płci żeńskiej (w procesie przeciwko zabójcom ojca i brata) – stał się ogólnokrajową manifestacją środowisk kobiecych. Kiedy mafia zabiła Borsellina – Rita rzuciła się z okna. Na jej pogrzebie w Partanna matka nie pojawiła się uważając, że córka jest zdrajczynią. Przyjechały za to kobiety z całych Włoch. Stara Atria przyszła na grób po kilku dniach i zdjęcie córki rozbiła młotkiem.
Dziewczynka prowadziła dziennik, napisała w nim: „Mafia to także my – nasze ślepe i głuche milczenie”.

Reportaż „Obrzyn i szpilki“ został opublikowany przez tygodnik POLITYKA, 2002

----------------------------------------------------------------------
Wszystkie teksty i zdjęcia zamieszczone na tym blogu są chronione prawem autorskim.
Wszelki plagiat, przedruk lub wykorzystywanie bez zgody autora
jest wykroczeniem i roszczenia z tego tytułu będą dochodzone
na drodze sądowej.

Jak parują ludzie



Odwiedzam Al-Ameria Shelter, miejsce, do którego Irakijczycy przywożą każdego obcokrajowca, a już obowiązkowo zagranicznych dziennikarzy. Z zewnątrz budynek nie różni się niczym szczególnym od innych zabudowań przemysłowych, jakich pełno w Bagdadzie. Mur odgradzający od ulicy, płaski dach, normalne wejście – jak do jakiejś małej fabryki. W rzeczywistości to nowoczesny schron konstrukcji fińskiej na wypadek ataku bakteriologicznego – z murami żelbetonowymi grubymi na trzy metry i podwójnymi drzwiami zatrzaskującymi się automatycznie w chwili wybuchu.

 

Tekst: AGNIESZKA ZAKRZEWICZ
Fotografie: SERGIO RISPOLI I AGNIESZKA ZAKRZEWICZ


Al-Ameria Shelter Amerykanie zbombardowali 15 lutego 1991 r. twierdząc, że było to centrum dowodzenia wroga. Prawdę pokazała pierwsza CNN – Peter Arnett był na miejscu, gdy wynoszono to, co zostało ze zwęglonych zwłok kobiet i dzieci. Zginęło 400 osób. 


W Jordanii i Tunezji ogłoszono żałobę narodową, inne kraje arabskie uczciły ofiary minutą ciszy. Amerykański rzecznik prasowy gen. Neal nie wykluczał, że Saddam w ostatnim momencie ukrył w schronie cywili, aby oczernić USA. Ówczesny sekretarz obrony Cheney podkreślił, że bombardowanie było zamierzone i wykonane z wielką precyzją. Irakijczycy oskarżali Finów o to, że przekazali Amerykanom plany wszystkich schronów wybudowanych nad Tygrysem i Eufratem.
Po wojnie zbombardowany bunkier w willowej dzielnicy Amirija, w zachodniej części Bagdadu, został przemieniony w mauzoleum ofiar. W samym środku znajduje się krater, z którego wystają najeżone żelazne pręty. W uzbrojonym suficie olbrzymia dziura – jakby ktoś rozpruł konserwę. Na osmalonych murach wiszą zdjęcia ofiar, które przemieniły się w małe ołtarzyki przystrojone w kwiaty, listy, pamiątki. Z fotografii patrzą oczy dzieci i matek.
Kustoszem jest kobieta, która widziała wybuch z bardzo bliska. Teraz ma pusty wzrok, jest w nim jednak rozpacz, obłęd i nienawiść. Za każdym razem, gdy opowiada swoją historię, przeżywa wszystko od nowa.
– Kilka minut przed wybuchem wyszłam na zewnątrz, by zrobić pranie, bo w schronie znajdowaliśmy się już od kilku dni ze względu na masowe bombardowania. Usłyszałam przerażający huk i kiedy odwróciłam się, zobaczyłam jak coś spada na schron. Wtedy drzwi się zatrzasnęły i już nikt nie mógł wyjść na zewnątrz. Schron zmienił się w pułapkę. Po chwili zobaczyłam, jak jeszcze coś spada i nastąpił wybuch. Uświadomiłam sobie, że były to bomby.
Dwie "inteligentne" bomby perforujące zadebiutowały podczas Pustynnej Burzy z zadziwiającym sukcesem. Pierwsza przebiła żelbetonowy strop i wwierciła się w głąb ziemi, druga z chirurgiczną precyzją spadła w to samo miejsce, wywołując spustoszenie podobne do małej bomby atomowej.
– Pod tą ścianą stały łóżka piętrowe, tam, na suficie, pozostały ślady dziecięcych rączek i gałek ocznych, które wtopiły się w żelbeton. Kiedy ugaszono wreszcie ogień, resztki ludzkie były
stopione z żelazem.
Przewodniczka zaczyna swój makabryczny tour.

– To, co widzicie, to są cienie matek z dziećmi na ręku, które utrwaliła na ścianie wysoka temperatura, jaką wywołał wybuch. Kobieta była pochylona i przyciskała niemowlaka do piersi.
Schron miał dwa poziomy, na dole znajdowała się kuchnia i sanitariaty. Wybuch spowodował, że pękły rury i woda zalała wszystko. Ludzie ugotowali się żywcem. Wyciągano później trupy, z których zeszła skóra.
– To są moje dzieci, które zabili amerykańscy imperialiści.
Na pytanie, jak się nazywa, odpowiedziała z urazem w głosie, że z bólu zapomniała, więc każe mówić na siebie "cień".


© AGNIESZKA ZAKRZEWICZ, 2001


----------------------------------------------------------------------
Wszystkie teksty i zdjęcia zamieszczone na tym blogu są chronione prawem autorskim.
Wszelki plagiat, przedruk lub wykorzystywanie bez zgody autora
jest wykroczeniem i roszczenia z tego tytułu będą dochodzone
na drodze sądowej.

Klony Saddama Husajna


Na trybunie honorowej partia BAAS była w pełnym komplecie. Zielone uniformy, czarne berety i czarne wąsy. Wydawali się jednakowi, na obraz i podobieństwo najwyższego wodza – Saddama, który w tym dniu obchodził 63 urodziny. Wielka manifestacja w rodzinnym mieście Tikrit była na jego cześć. Jubilata jednak nie było, co dało się przewidzieć, bo już od ponad dwóch lat nie pokazuje się publicznie, po tym, jak podczas wizyty w eleganckiej handlowej dzielnicy Bagdadu seria z karabinu maszynowego raniła go w nogi. Klony Saddama widzi się nie tylko na trybunach.

Tekst: AGNIESZKA ZAKRZEWICZ
Fotografie: AGNIESZKA ZAKRZEWICZ I SERGIO RISPOLI

Wśród tłumów, które przybyły manifestować, roiło się od wąsatych mężczyzn, identycznych niczym niesione portrety, na których figurował Saddam w różnych wcieleniach: młody, z dzieckiem na ręku, w mundurze, w garniturze i z krawatem, z piórem lub telefonem w dłoni, z aparatem fotograficznym, modlący się w meczecie, klęczący na kolanach, z chustą arabską na głowie lub w charakterystycznym berecie irackiej partii socjal-nacjonalistycznej BAAS. Nawet małe dziewczynki wyrażały wszechobecny kult wodza, maszerując z dumą na czele tłumu, ubrane w zielone uniformy, przepasane wojskowym pasem i z orderem na piersi. Jedyną wyróżniającą się osobą był wice-Saddam – Izaat Ibrahim, nowy sekretarz partii BAAS, który od niedawna przejął funkcję po Husajnie w ramach „demokratyzacji” reżimu. Ma jasną karnację i dwa mocno podkręcone, rude wąsiska.
Wykrzykując entuzjastycznie „Saddam! Saddam!”, przed trybuną honorową przemaszerowały najpierw dzieci przebrane za kwiaty, a potem kadeci, zasłużeni, kobiety i mężczyźni. Wszystko miało powab pochodu pierwszomajowego: sztandary, chorągiewki, sztuczne kwiaty i asfalt, ozdobiony mozaikami wymalowanymi emulsją. Nowy sekretarz – Izaat Ibrahim z zadowoleniem pozdrawiał tłumy. Zszedł potem z trybuny, by podzielić tort Saddama i w zastępstwie jubilata poczęstować nim najwierniejszych. Duże porcje ciasta na plastikowych talerzach i chłodną pepsi-colę ze słomką rozniesiono wśród obecnych gości, aby mogli zjeść i wypić za zdrowie nieobecnego.
Pojawił się dopiero wieczorem, w telewizji. Siedział na krześle wielkim jak tron. Mrużył oczy jak stary lew i czasami podkręcał czarnego wąsa. Transmisja z Domu Narodu. Wystawna sala pełna marmurów i złoceń. Znowu było mnóstwo dzieci – tańczyły „Jezioro Łabędzie” i „Taniec z szablami”. W holu hotelowym, już w Bagdadzie, młodzi adepci służb specjalnych – w ramach zajęć praktycznych – trzymają gości na oku. Są rozentuzjazmowani – przed obiadem byli w Pałacu Prezydenckim w Tikrit i jedli tort urodzinowy. Mówią, że wszystkie domy prezydenta należą do narodu i że dom każdego Irakijczyka stoi otworem dla prezydenta.


 
KIERUNEK BAGDAD

Na granicy irackiej wielki Saddam Husajn, ozdobiony papierowymi girlandami, wita uśmiechając się spod wąsa. Wąsatym strażnikom brakuje guzików przy mundurach i każdy ma inne buty. Liczą soczewki w obiektywach oraz filmy tak skrupulatnie, jakby dyktator z obrazu podglądał ich bez ustanku. Potem zapisują to wszystko przez wiele godzin na pożółkłych kartkach w trzech egzemplarzach, dając dyskretnie do zrozumienia, że dziesięć dolarów przyspieszyłoby procedury i zerkając raz w kierunku jordańskich kierowców, raz na Saddama. Wreszcie rekwirują telefony komórkowe.
Autostrada przecina pustynię. Jak okiem sięgnąć niezmierzone połacie szarożółtego piasku i przesycający wszystko zapach benzyny. Krajobraz urozmaicają: obiekty wojskowe ogrodzone drutem kolczastym i ciągnące się kilometrami; majaczące złowieszczo wieżyczki strażnicze; stalowe szkielety samochodów porzucone przy drodze i zasypane przez piasek oraz wielkie kolorowe portrety Saddama. Wyglądają niczym ołtarzyki jakiegoś orientalnego bóstwa, przyozdobione w sztuczne kwiaty i światełka. Również w nowoczesnym hotelu Sheraton, zwanym dzisiaj Isztar – na centralnym miejscu wisi gigantyczny Saddam.
Młodzi wąsaci mężczyźni, niczym zdjęci z portretu, godzinami podpierają ściany. Pozdrawiają gości i odprowadzają długim uważnym spojrzeniem, podczas gdy mniejsze i większe podobizny dyktatora, w różnych pozach i strojach zdobiące każdy zakątek hotelu, też patrzą na nich. W holu i po piętrach snują się stare kobiety ubrane od stóp do głów w czarne czadory; towarzyszą im mężczyźni z siwymi brodami w białych turbanach. – To zagraniczni pielgrzymi, którzy przybyli do Złotego Meczetu na święto żałobne – tłumaczą później zaprzyjaźnione klony Saddama. Jest również sporo obcokrajowców. Słyszy się i mówi w bardzo wielu językach – przede wszystkim po angielsku. Nikt jednak nie wygląda na turystę. Chłopaki z wąsami objaśniają uprzejmie: delegacje sportowe z krajów arabskich, Rosji i Korei; astronomowie włoscy – przybyli obejrzeć uszkodzony w czasie wojny teleskop Zeissa; francuscy specjaliści od hydroelektryki; architekci japońscy i biznesmeni z różnych stron świata, którzy załatwiają transakcje w ramach programu „Żywność za ropę” i już teraz proponują kontrakty na przyszłość, kiedy embargo upadnie. Tak, embargo... Cieknące krany w łazienkach hotelowych i tynk odpadający ze ścian przypominają, że znajdujemy się w kraju skazanym na sankcje ekonomiczne od dziesięciu lat.
Na ulicy, przed wejściem, kilkuletnie dzieci za dolara proponują amerykańskie gumy do żucia i czerwone Marlboro. Jak na Kubie. Kiedy zaczynają być natrętne, tajna policja je odgania. Żebranie jest zabronione. Fotografowanie żebrzących dzieci – niewskazane. Bagdad robi jednak lepsze wrażenie niż Hawana. Tam – piękne eklektyczne wille obrócone w ruinę, skorodowane przez morze niby zęby przez szkorbut i z wygaszonymi światłami, jak przed nalotem. Tu – nowoczesna architektura islamska; szerokie, dobrze wyasfaltowane ulice, kolorowe sklepiki obwieszone pstrokatymi tablicami reklamowymi, malowanymi odręcznie i rozświetlone, złote kopuły meczetów. Ani śladu po bombach. Nowe mosty, nowe gmachy i nowe monumenty. Tylko w oczach ludzi takie samo zmęczenie zmaganiami – z brakiem części zamiennych, uszczelek do kranu, nowych butów, lekarstw, witamin i filtrów do wody pitnej.


BABILOŃSKI LEW

Reżimy pozostawiają w spadku oprócz wystawnych instytucji państwowych również wystawne monumenty. Jest to gratyfikacja dla przeciętnego obywatela, który w ten sposób też staje się uczestnikiem historii.
Pęknięta na pół olbrzymia kopuła meczetu wzniesiona z setek tysięcy lazurowych cegiełek z terakoty majaczy dostojnie na tle niebieskawego nieba – to wybudowane z woli Saddama i nazwane jego imieniem mauzoleum poległych w wojnie iracko-irańskiej przeciwko fundamentalizmowi islamskiemu (Irakijczycy walczyli o swobody religijne i obyczajowe i o interesy Zachodu). Monument ukończył w 1995 r. japoński koncern Mitsubishi. Kosztował 40 mln dolarów. W wojnie poległo prawie milion Irakijczyków – ich imiona są wypisane na ścianach. W podziemiach znajduje się sala konferencyjna, biblioteka i kawiarnia. W przestronnym holu w kryształowych gablotach spoczywają przedmioty osobiste poległych żołnierzy, które oddała pustynia: okulary, brzytwy, zapalniczki, spłowiałe paczki papierosów, oznaki wojskowe, blaszki z napisami po arabsku i sznurki korali, które służą do zabawy. W powszednie dni nie ma prawie nikogo. Żołnierze z karabinami bronią dostępu do obiektu. Kiedy odbywają się wielkie defilady wojskowe, ku czci poległych płonie znicz i wdowy przychodzą tu jak na cmentarz.
Al-Ameria Shelter, nowoczesny schron na wypadek wojny bakteriologicznej, zaprojektowany i wybudowany przez Finów. Dwa piętra, jedno pod ziemią, drugie na powierzchni; mury z żelbetonu dochodzące do trzech metrów grubości i podwójne drzwi blokujące się automatycznie w momencie ataku. Został rozpoznany jako prywatny bunkier Saddama Husajna i Amerykanie zbombardowali go w 1991 r. dwiema bombami najnowszej generacji, zdolnymi wwiercać się w żelbeton. Pierwsza nie przebiła się, druga uderzyła w to samo miejsce z chirurgiczną precyzją. W środku znajdowało się 350 matek i dzieci. Większość ugotowała się żywcem, zwęgliła lub roztopiła. Na ścianach widać cienie, na suficie są odbite ślady dziecięcych rączek.
Kobieta, która jest dziś kustoszem tego przygnębiającego muzeum śmierci – uznawanego w świecie arabskim za „Oświęcim Bliskiego Wschodu” – straciła w środku całą rodzinę. Na moment przed bombardowaniem wyszła na zewnątrz przeprać ubranka dziecka.
Tragedia rozegrała się na jej oczach. Jak się nazywa? Każe mówić na siebie „Cień”, bo z bólu zapomniała wszystko: imię, nazwisko, wiek. Natychmiast na myśl przychodzi inna spotkana kiedyś matka – młoda Kurdyjka, która pokazywała zdjęcie swojego malutkiego dziecka zabitego gazem paraliżującym, jakim oddziały irackie bombardowały Kurdów. Potem przypominają się dzieci z bagdadzkiego szpitala: wychudłe, z zapadniętymi oczami, umierające na biegunkę i białaczkę. Iracki lekarz w białym fartuchu zarzuconym na zielony uniform partyjny chłodnym, ale i bardzo smutnym głosem wyrecytował: – Embargo pochłonęło już blisko dwa miliony ofiar ludzkich. Te dzieci są ofiarami embarga i pocisków uranowych rozsianych na terytorium Iraku, wywołujących skażenie radioaktywne.
Tablica pamiątkowa na bunkrze informuje, że nosi on imię Saddama Husajna. Tak jak zresztą wszystko w tym kraju: instytuty kultury, centrum sztuki i fotografii, radio i telewizja, szpitale oraz wyspecjalizowane kliniki zdrowotne – obstawione jak bunkier i mauzoleum przez żołnierzy z karabinami.
W hotelu fotoreporter jordański mówi, że radio irańskie, którego właśnie słuchał, podało, iż „Iran dokonał udanego ataku na Bagdad, zadając odwiecznemu wrogowi ciężkie straty”. Rzucamy się do okien. Irakijczycy uspokajają, że to nic nadzwyczajnego – raz bombarduje Iran, raz amerykańskie samoloty strzegące no fly zone (strefy zakazu lotów samolotów irackich). W kilka dni później pociski irańskie spadają znowu na Bagdad. Wiadomość podaje również włoska i francuska telewizja, bo tym razem były ofiary.
Niedługo potem Babilon ukazuje się nam niczym fatamorgana. Dawno, dawno temu zatrzymywały się tu karawany podążające w kierunku dwunastu wież antycznego miasta Ur i dalej, w stronę minaretów świętej Mekki. Wiozły towar na jarmarki, gdzie pod wielkimi, białymi namiotami handlowano zamorskim zielem, dywanami i grzebieniami z kości słoniowej; ważono daktyle oraz sól i mieszano pastę z miodu i liści przynoszących zapomnienie. Dzisiaj labirynt z glinianych cegieł w kolorze piasku, pachnących jeszcze świeżością, wygląda jak olbrzymia teatralna dekoracja ustawiona na pustyni. Jest pusto, kroki odbijają się echem.
Jedyne, co pozostało z czasów asyryjsko-babilońskich, to wielka, kamienna rzeźba przedstawiająca lwa, który powalił na ziemię człowieka. Jeden z młodych wąsatych tłumaczy, że ten antyczny monument można interpretować inaczej: człowiek schronił się pod lwa, by on – swoją siłą i odwagą – wybronił go od niebezpieczeństw. Potem dodaje, że lew symbolizuje prezydenta.
W oddali, na wzgórzu, majaczy jeden z licznych pałaców Saddama Husajna – wygląda jak nowoczesna twierdza Saladyna.



WDOWA SOAD

Zawsze znajdą się znajomi, którzy proszą cię o przysługę, kiedy jedziesz odwiedzić ich rodzinny kraj – przekazanie pozdrowień dla bliskich, pieniędzy, prezentu dla dziecka, lekarstw. Tak było i w tym przypadku. Poproszono, abyśmy przekazali kopertę z banknotami i nowe, eleganckie buty dla Gazuana. O Soad – matce Gazuana wiedzieliśmy, że straciła na wojnach starszego syna, męża i dwóch braci i że była nauczycielką.
Gazuan przyjechał po nas samochodem. Dwudziestoletni Plymout w dobrym stanie, z kilkoma odpryskami i rdzawymi plamami na masce. Drzwi od strony pasażera miały popsuty zamek, do którego brakowało części – więc chłopak przywiązał je na stałe grubym, bieliźnianym sznurkiem. Młoda, wesoła twarz z czarnym meszkiem pod nosem odbijała się w lusterku, kiedy z ożywieniem zadawał pytania dotyczące Internetu. Słuchał opowieści o tym, że w Europie istnieje już technologia WAP (Wirless Application Protocol) – to znaczy modem wbudowany w telefon komórkowy, poprzez który można nawet w autobusie nawigować w wielkiej sieci.
– U nas mogliby cię uznać za szpiega, a za to jest kara śmierci – skwitował wydymając usta.
Domek jednorodzinny w rezydencjalnej dzielnicy Bagdadu nie wyróżniał się niczym szczególnym. Żelazna brama, ładnie zagospodarowany ogród i stara palma, dorastająca do drugiego piętra. Wnętrze jasne i schludne, z dywanami na podłodze i kilkoma książkami na półkach, miało w sobie coś, co charakteryzuje wszystkie domy inteligenckie w każdym zakątku świata. Podano herbatę z mandarynek z Al Basry w małych szklankach, suszone daktyle i ciastka z miodem. Z portretów nie patrzył jednak Saddam Husajn, lecz dwaj mężczyźni – młodszy i starszy. Oliwkowa cera, duże ciemne oczy i mundury zapięte na ostatni guzik. Mąż nie wrócił z wojny iracko-irańskiej. Syn poległ podczas Desert Storm (operacja Pustynna Burza). Wdowa nie otrzymała po nich żadnych pamiątek. Zginęli bez śladu, zasypani przez piasek pustyni.
Soad jest ubrana w długą ciemną sukienkę, ma luźno rozpuszczone kasztanowe włosy, złote kolczyki w uszach i jasną szminkę na ustach. Tłumaczy, że tylko religijne sunnitki noszą chustki na głowie i że kobiety w Iraku mają takie same prawa jak mężczyźni: mogą pracować, kształcić się, rozwodzić, występować w telewizji i uczęszczać do miejsc publicznych. Mówi, że bardzo lubi słuchać Szopena, że wcześniej pracowało tu wielu Polaków i że teraz spotyka się ich rzadko, ale za to jej sąsiad wyemigrował do Polski i otworzył restaurację. – Tu wszystko drożeje z dnia na dzień – narzeka Soad.
Czy Irakijczycy mogą wyjeżdżać swobodnie z kraju? – Tak – odpowiada kiwając głową – ale jest to praktycznie niemożliwe. Wdowa Soad dziękuje za zaproszenie na kolację, ale nie jest wskazane, by pokazywała się w towarzystwie obcokrajowców zbyt długo. – Następnym razem – mówi, odprowadzając gości do bramy.


WĄSY HISTORII

Mężczyzna pracujący w kantorze obwieszonym portretami Saddama na widok dziesięciu dolarów wyjmuje gruby rulon niebieskawych banknotów i kładzie go na wagę szalkową, która pokazuje blisko ćwierć kilograma. Wychodzimy z reklamówką pełną forsy, która nie ma wartości. Kilkuletni pucybut, z deską na szyi i szmatą w ręku, uśmiechnięty i bez wąsów – śledzi nas od dłuższego czasu. Pozwalamy mu w końcu wyczyścić nasze buty i dajemy jeden z banknotów z Saddamem, jakich mamy ponad setkę. 250 dinarów – równowartość 50 groszy. Jest cały szczęśliwy, że nie musi wydawać reszty.

Kramy, kramiki i uliczni sprzedawcy z towarem w rękach. Dywany, korale, tkaniny, chusty, starocie, przyprawy i zioła. Stare pióra Montblanc i zegarki z Saddamem. Dziesiątki rąk wyciągają się w naszym kierunku, proponując Saddama w każdym sosie: solidne, nakręcane rosyjskie zegarki z młodym dyktatorem w mundurze, zegarki irackie z Saddamem w dziesięciu symbolicznych pozach, jakie widzi się na obrazach wystawionych w każdym zakątku kraju, i chińskie, plastikowe z Saddamem lekko skośnookim, przypominające Swatch Pop. Wszyscy zachwalają swój towar, próbując wcisnąć go za każdą cenę. Jakiś wyrostek ciągnie nas za rękę w kierunku sklepiku swojego wujka, obiecując po angielsku, że pokaże coś specjalnego. W przeszklonej witrynie leżą stare, piękne zegarki wybornych marek. Kupiec z siwymi wąsami i białym turbanem na głowie przerywa palenie wodnej fajki i demonstruje nam z dumą swoją kolekcję, a przede wszystkim dwa złote Rolexy z lat trzydziestych. Kiedy nie widzi zainteresowania, wskazuje palcem na inny zegarek i mówi: – Karim Ali Kassem – ojciec republiki.
Na tarczy zegarowej szwajcarskiego Olmy z lat sześćdziesiątych – takie zegarki dyktatorzy arabscy zwykli byli zamawiać w limitowanych ilościach z okazji osobistych rocznic – figuruje mężczyzna o pociągłej twarzy, w mundurze i furażerce. Też ma czarne wąsy! W 1958 r. dokonał zamachu stanu, który obalił monarchię i kosztował życie króla Fajsala II oraz premiera Saida; w 1963 r. sam zginął w puczu przygotowanym przez partię BAAS, w której szeregach zaczął wyróżniać się młody Saddam Husajn.

© AGNIESZKA ZAKRZEWICZ, 2000

Reportaż został opublikowany w Tygodniku POLITYKA

 
----------------------------------------------------------------------
Wszystkie teksty i zdjęcia zamieszczone na tym blogu są chronione prawem autorskim.
Wszelki plagiat, przedruk lub wykorzystywanie bez zgody autora
jest wykroczeniem i roszczenia z tego tytułu będą dochodzone
na drodze sądowej.