martedì 10 dicembre 2024

W krainie kadzidła

 


           

Salala, Oman 2024.

 

Kiedy w recepcji hotelowej załatwiam formalności z fotografii w ozdobnej ramie obserwuje mnie dwóch sułtanów. Na pierwszy rzut oka wydają się identyczni: mężczyźni z siwymi brodami siedzą na złotych tronach odziani w białe diszdasze i czarne kaftany, z turbanami na głowach, handżarami przy pasie i szablami opartymi o podłogę. Spoglądają na mnie bacznie, aczkolwiek łagodnie, jak wielcy i dobrotliwi ojcowie narodu. Ten po lewej to aktualnie rządzący sułtan Hajsam ibn Tarik Al Sa’id, a ten po prawej to sułtan Kabus ibn Sa’id, zmarły 2020 r.

Jutro w Omanie obchodzi się święto narodowe – 18 listopada 1650 r., imam Sułtan I ibn Sajf al-Ja’arubi wypędził Portugalczyków z kraju. 18 listopada 1940 r. to także data urodzin zmarłego sułtana Kabusa, a więc podwójna okazja. W całym kraju urządzono wielkie obchody, a w stolicy Maskat odbędzie się parada wojskowa. Ulice i budynki ozdobiono flagami narodowymi oraz podobiznami sułtanów. Omańczycy z tej okazji mają wolny długi weekend - od poniedziałku do piątku, gdyż piątek - dzień modlitwy - w krajach muzułmańskich jest naszą niedzielą.

Sułtan Kabus jest nadal czczony jako ojciec narodu. W młodości dokonał bezkrwawego zamachu stanu i obalił własnego ojca Sa’ida ibn Tajmura, który stał się despotą. 23 lipca 1970 r. przejął władzę, a zdetronizowanego ojca skazał na luksusową banicję w Londynie, gdzie Sa’id ibn Tajmur do końca życia mieszkał w hotelu The Dorchester. Kabus odziedziczył państwo zacofane i tak gruntownie je zreformował, że pod koniec jego rządów niemal w niczym nie przypominało ono tego zastanego na początku, kiedy to w Omanie było kilka kilometrów dróg, jeden szpital i trzy szkoły podstawowe, panowało niewolnictwo, a poddani nie mogli opuszczać kraju bez zgody władcy. Profity pochodzące ze złóż ropy naftowej odkrytych w latach 60. ubiegłego wieku nowy sułtan zainwestował w modernizację i reformy kraju. Wezwał też do powrotu obywateli z uchodźstwa, oferując im wykształcenie i zatrudnienie w sektorze państwowym. Dziś Oman jest jednym z najbogatszych i najbezpieczniejszych krajów świata, nazywanym „arabską Szwajcarią” także ze względu na swoją neutralność. Obywatele mają autostrady, tanią benzynę, darmową opiekę zdrowotną, powszechny dostęp do edukacji i jedną z najmocniejszych walut na świecie (1 OMR – rial omański kosztuje 2,6 dolara). Choć Oman nadal pozostaje monarchią absolutną posiada rząd i Radę Konsultacyjną (Madżalis asz-Szura) złożoną z 84 członków, w tym z kobiet. Obywatele mają prawo wyborcze i głosują po ukończeniu 21 roku życia.

O życiu prywatnym sułtana Kabusa wiadomo niewiele. W latach 70. w celach dynastycznych pojął za żonę kuzynkę pierwszego stopnia, ale rozwiódł się szybko i nie doczekał nigdy następcy tronu. Od tego czasu żył samotnie. Mawiano, że „ożenił się z Omanem”. Plotkowano, że miał słabość do samochodów sportowych i lubił otaczać się młodymi, przystojnymi asystentami. Być może to przełożyło się na względny liberalizm Kabusa, który prawo szariatu pozostawił na papierze.

Poddani martwili się jednak o to, kto zostanie następcą postępowego i dobrego władcy. Jeszcze przed śmiercią Kabus wskazał na swojego kuzyna Hajsama ibn Tarik Al Sa’ida, który w rządzie swojego poprzednika pełnił ważne funkcje i powierzano mu istotne role dyplomatyczne. Obecny sułtan kontynuuje politykę i dzieło ojca narodu. Kabus ibn Sa’id zmarł w wieku 79 lat jako jeden z najdłużej panujących przywódców w historii świata.

Do Omanu przylecieliśmy późno w nocy. Jadąc z nowoczesnego lotniska w Salala do Mirbatu przez okna samochodu nie mogę dostrzec niczego, choć dwupasmowa autostrada jest znakomicie oświetlona przez latarnie zalewające asfalt żółtym światłem. Ciemność i pustka, dające poczucie nicości. Z jednej strony w tej nicości można przeczuć ocean, z drugiej - pasmo wysokich gór. Przez nie, niczym ognisty wąż wije się inna oświetlona autostrada prowadząca w kierunku Maskatu.

 

Omańskie kobiety

 

Nazajutrz przed wejście do hotelu zajeżdżają nowiuśkie terenowe Toyoty i Lexusy (biały SUV Land Cruiser w Omanie jest pojazdem użytkowym, najczęściej spotykanym na drogach). Wysiadają z nich bogate omańskie rodziny, które będą spędzać dugi weekend w luksusowym hotelu nad brzegiem morza. Do holu najpierw wchodzi mężczyzna w białej diszdaszy (długiej tunice – przyp. aut.) i kummye na głowie niosący bagaże, a za nim jego pierwsza, druga i trzecia żona w czarnych strojach zwanych abaja, w hijabie czyli chuście na głowie oraz nikabie zakrywającym twarz. Kobiety pachnące orientalnymi perfumami z eleganckimi torebeczkami od znanych projektantów mody prowadzą gromadki dzieci.

W ciągu dnia przestronny hol luksusowego hotelu wypełnia się omańskimi gośćmi w białych i czarnych strojach. Wszędzie pachnie kadzidłem i perfumami Amouage. Mężczyźni we własnym gronie popijają omańską kahawe (cienka, gorzka kawa z kardamonem – przyp. aut.), zagryzając daktylami. Kobiety oddzielnie rozsiadły się na wygodnych hotelowych sofach i fotelach. Plotkują lub skrolują ekrany telefonów. Dzieci - zarówno chłopcy, jak i dziewczynki w kolorowych, markowych ubraniach - bawią się ze sobą lub też trzymają w rękach drogie smartfony.

Omańczycy obserwują ukradkiem europejskich turystów wzrokiem, który nie widzi. Mężczyźni spoglądają w wielkie lustra wiszące na przeciwległych ścianach, gdy przechodzi jakaś ładna, roznegliżowana kobieta. W ten sposób mogą patrzeć nie patrząc. Omanki zakrywają całkowicie twarz czarnymi welonami, tak aby podglądać zachowując własną prywatność.

Turyści zaciekawieni przybyciem lokalsów ukradkiem starają się robić im zdjęcia. Późnym popołudniem przy hotelowym basenie roi się od kobiet zakutanych na czarno. Jest jeszcze gorąco, a one w czarnych wielowarstwowych strojach siedzą na leżakach i doglądają dzieci, które wraz z ojcami kąpią się w basenie. Wszyscy ubrani w długie spodenki i koszulki. Czasami jakaś młoda Omanka zdecyduje się popływać, ale obowiązkowo w arabskim stroju kąpielowym, integralnie zakrywającym ciało od kostek po przeguby dłoni i z czarną chustką na głowie.

Turyści obserwują widowisko. Lokalsi starają się nie patrzeć na ich obnażone ciała w skąpych kostiumach kąpielowych. Jedni i drudzy zerkają na siebie z nieufnością i wzajemnymi uprzedzeniami. Co myślą Europejczycy mogę sobie wyobrazić. Ciekawi mnie natomiast, co myślą o nas omańskie kobiety?

Aby poznać lepiej ich kulturę sięgam do książek dwóch polskich autorek: Z miłości to współczuję. Opowieści z Omanu Agaty Romaniuk i Kraj najszczęśliwszych kobiet. O czym szepczą omańskie ściany Anny Machowskiej-Wądołowskiej.

Nie pierwszy raz odwiedzam islamskie kraje. W porównaniu z innymi prawo w Omanie jest mniej restrykcyjne. Kobiety mogą tu prowadzić samochód i pracować w dowolnym zawodzie. Jeszcze do niedawna Omanki nosiły barwne, tradycyjne stroje. Moda na czerń przyszła z Arabii Saudyjskiej. Jest uważana za najelegantszy kolor. Na wsi nosi się jeszcze na kolorowo, ale w mieście obowiązuje czerń.

Jak opowiada Anna Machowska-Wądołowska, Oman to kraj, w którym kobiety uważają się za najszczęśliwsze na świecie. Są traktowane jak piękne, delikatne kwiaty. Jak księżniczki. Kobiety omańskie mają służbę w domu i niańkę, bo ich głównym zadaniem jest wyjść za mąż i rodzić dzieci. Żadna jednak nie wychodzi za mąż z miłości. Są to małżeństwa kombinowane, zawierane najczęściej wewnątrz własnej kabili – czyli rodu – i nierzadko wśród kuzynów pierwszego stopnia. Jeżeli omański mężczyzna chce poślubić wyswataną kobietę musi zapłacić jej posag i obdarować złotem. Zgodnie z prawem nie powinien on przekraczać 5 tys. omańskich riali (50 tys. złotych), ale zdarza się, że wynosi więcej. Przed zaręczynami rodziny omawiają warunki małżeństwa i podpisuje się kontrakt. Mężczyzna musi dać żonie dom i zapewnić utrzymanie, a także zadbać o dzieci. Jeżeli ona pracuje, całą pensję pozostawia dla siebie. W domu kobiety robią niewiele, gdyż większość prac domowych wykonują mężczyźni lub służba. Jeżeli mąż chce pojąć drugą, trzecią lub czwartą żonę (na co zezwala Koran), każdej z nich musi dać i zapewnić to samo, co pierwszej. W razie uzasadnionego rozwodu, żona zatrzymuje wszystko.

„Wspaniale!” – myślę sobie. – „Nic tylko wyjść za Omańczyka!”

To afiszowane szczęście ma jednak drugie dno. Opisuje je niezwykle trafnie Agata Romaniuk. Przywileje dotyczą tylko kobiet z wysokich rodów. Tym mniej zamożnym i zupełnie biednym, nie jest wcale tak dobrze. Dziewczęta ze wsi są zwykle wydawane za dużo starszych i wcale nie tak zamożnych mężczyzn, w domu muszą pracować oraz pełnić wiele obowiązków. Obyczajowość omańska nie dopuszcza innej formy relacji męsko-damskiej jak małżeństwo. Seks przed i pozamałżeński jest zakazany, i karany więzieniem. Nie istnieje przestępstwo przemocy domowej, a gwałty małżeńskie nie są ewenementem, ale rzadko zgłasza się to na policję. Kobieta nie może rozwieść się na własne życzenie. Rozprawy dobywają się przed szariackim sądem, gdzie zasiadają sami mężczyźni o poglądach konserwatywno-patriarchalnych, zakładający z góry, że to małżonka jest winna. W związkach przy tak bliskim pokrewieństwie dużym problemem pozostają choroby genetyczne dzieci. Choć się do tego nie przyznają dla arabskich kobiet to tragedia, gdy mąż bierze kolejną żonę. Wtedy zwykle pozostawia je same sobie, a majątek rodzinny zostaje uszczuplony i podzielony.

 To tylko czubek lodowej góry tego, co skrywają domowe mury w Omanie.

„Nie dziękuje! Za żadne skarby świata!” – myślę sobie patrząc na Omanki w eleganckich czarnych abajach z torebeczkami Diora siedzące w hotelowym holu.

 

Zufar – perła Omanu

 

„Oman to klejnot Bliskiego Wschodu, który zachwyca różnorodnością krajobrazów, bogatą kulturą i gościnnością mieszkańców. To idealne miejsce dla tych, którzy szukają spokoju, przygody i egzotycznych widoków” – kusi reklama biura podróży.

Turystyka w Omanie zaczęła rozwijać się zaledwie od kilkunastu lat. Nie ma więc tu tylu hoteli co w Egipcie, a i Morzu Arabskiemu pełnemu zielonych alg daleko do Morza Czerwonego i jego bogatej bariery koralowej. Za to obsługa hotelowa, porządek i ceny są iście szwajcarskie. 10 lat temu do Omanu przyjeżdżało zaledwie kilkanaście tysięcy turystów zagranicznych. Dziś jest ich ponad sto dwadzieścia tysięcy. Większość obcokrajowców odwiedza jednak stolicę Maskat i pobliskie rejony, nie zapuszczając się na południe do Salali odległej o tysiąc kilometrów. Najlepszy czas na podróż do tego kraju to okres od listopada do marca, kiedy klimat jest umiarkowany, a temperatury oscylują w granicach 20-30°C. Sezon letni trwający od maja, do września jest wilgotny i gorący, a temperatury osiągają blisko 50°C.

W okresie letnim w regionie Zufar (Dhofar), położonym w południowo-zachodniej części, przy granicy z Jemenem i Arabią Saudyjską, występują monsuny zwane khareef. Zufar to największe gubernatorstwo zajmujące blisko jedną trzecią powierzchni całego kraju, a także kraina geograficzna o unikalnym klimacie i pejzażu. Letnie monsuny przekształcają pustynny krajobraz w bujny, zielony ogród pełen turkusowych wodospadów. Wtedy to do Zufaru zjeżdża ponad 3 mln turystów z pobliskich krajów arabskich i z samego Omanu. Arabowie nie lubią morza, cenią góry i zielone oazy. Turystyka zagraniczna jest dla Omanu kolejnym etapem modernizacji oraz otwarcia się na świat.

Kiedy opuszczam nadmorski hotel w Mirbat, dawnej stolicy Zufaru, zdaję sobie sprawę, że leży on na pustkowiu. Dalej, wzdłuż prostej, dobrze wyasfaltowanej drogi stoją wystawne domy otoczone murem, przed którym zaparkowano dwie lub trzy białe toyoty. Wokół domów nie ma jednak nic - ani drzew, ani trawników, ani sklepów. Tylko piach wyjeżdżony kołami samochodów terenowych.

Jadąc dwupasmową autostradą wiodącą w kierunku Salali – stolicy gubernatorstwa i drugiego miasta Omanu – po jednej stronie można oglądać morze, po drugiej góry. Co kilkadziesiąt metrów stoją znaki drogowe ostrzegające przed wielbłądami. Wzdłuż drogi na pustynnych polach porośniętych wysuszoną trawą pasą się dromadery. Trzeba na nie uważać, gdyż zwierzęta wchodzą na autostradę, by przejść na drugą stronę.

Za Mirbatem skręcamy na drogę wiodącą w kierunku pasma górskiego Dżabal Samhan, mijając charakterystyczne omańskie wioski usytuowane na pustkowiu oraz piękne doliny. Na poboczach rosną krzewy pustynnych róż symbolizujące piękno i wytrwałość w trudnych warunkach. W latach 60. i 70. ubiegłego wieku góry te dały schronienie komunistycznym rebeliantom z Ludowego Frontu Wyzwolenia Omanu i Zatoki Arabskiej (PFLOAG), którzy walczyli z siłami rządowymi Sułtanatu Omanu wspieranymi przez sojuszników Wielką Brytanię i Iran. Powstanie w Zufarze wywołane przez Beduinów żyjących w skrajnej biedzie miało swoje podłoże w nierównościach społecznych i autorytarnych rządach sułtana Saida ibn Tajmura, ale wpisywało się w szerszy kontekst zimnej wojny. Rebelianci wspierani przez Jemen Południowy, ZSRR i Chiny przegrali, ale ich rebelia była impulsem do przewrotu pałacowego i późniejszych reform sułtana Kabusa. W 1997 r. na obszarze Dżabal Samhan utworzono rezerwat przyrody, obejmujący tereny górzyste i pustynne. Na południowym wschodzie strome zbocza masywu górskiego tworzą monumentalną skarpę spadającą stromo ponad tysiąc metrów i ciągnącą się aż do nizin przybrzeżnych, a na zachodzie opadają łagodnie ku pustyni. Masyw przecinają głębokie wąwozy wyrzeźbione przez rzeki epizodyczne zwane wadi. W czasie pory deszczowej suche łożyska rzeczne wypełniają się wodą, a wszystko dookoła zieleni. Docieramy wreszcie do punktu widokowego, aby zobaczyć ten cud natury. Choć to pora sucha, tego dnia akurat niespodziewanie pada deszcz. Atmosfera jest więc jak w sezonie khareef. Dżabal Samhan spowija gęsta mgła. Rozległa przepaść poniżej monumentalnej skarpy paruje. Czuję się jakbym znalazła się w nicości prymordialnej – w stanie pierwotnej pustki, z której wyłonił się świat.

W drodze powrotnej zatrzymujemy się w rajskiej dolinie Wadi Darbat, jednym z najpiękniejszych miejsc Zufaru, słynącym z pocztówkowych widoków tworzonych przez epizodyczne wodospady spływające w dół z wapiennych skał w porze monsunów.  W dolinie płynie rzeka, której woda ma kolor turkusowy. To idealne miejsce na rodzinne pikniki, spacery, pływanie łódką lub relaks w cieniu drzew, gdy doskwiera upał. To także idealne miejsce na wypas wielbłądów. Można spotkać ich tu setki, a nawet tysiące. Spacerują spokojnie podgryzając liście akacji. Zaciekawione przybyciem turystów pozują przez chwilę do zdjęć szczerząc zęby, a nawet dają się pogłaskać. Potem odchodzą w kierunku wody. Każde ze zwierząt jest znaczone i ma swojego właściciela. W Omanie dromadery są traktowane jak zwierzęta domowe, tak jak u nas psy i koty. W tym kraju żyje ich blisko trzysta tysięcy. Ich hodowla nie jest już tak opłacalna, jak dawniej, gdy jamal był rodzajem monety, za którą można było kupić nawet żonę. Dziś to raczej wydatek niż dochód, ale Omańczycy nie potrafią zrezygnować z wyścigów wielbłądów oraz z wielbłądzich konkursów piękności.

 

Kadzidło droższe od złota

 

Khor Roi to jedno z najważniejszych stanowisk archeologicznych w Omanie, położone 40 km od Salali. W 2000 r., wraz z innymi czterema miejscami zostało wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO jako część Szlaku Kadzidlanego odpowiadającego historycznej Krainie Kadzidła. Tu znajdują się ruiny starożytnego ufortyfikowanego miasta Sumhuram, które zostało założone w III wieku p.n.e., jako placówka Królestwa Hadramwat, słynącego z produkcji i eksportu olibanum - żywicy kadzidłowej z drzew Boswellia sacra, będącego jednym z najcenniejszych towarów w starożytności. Był to ważny węzeł handlowy, gdzie kadzidło produkowane w Zufarze wysyłano drogą morską do Indii i na Daleki Wschód. Tu zaczynał się też antyczny Szlak Kadzidlany wiodący przez Półwysep Arabski. Karawany ruszały z Khor Roi do Shirsr, a następnie wędrowały przez pustynię Al-Rab al-Chali, zatrzymując się w oazach Najran, Marib i Shabwah. Szlak wiódł w kierunku Petry (dzisiejsza Jordania), a następnie towar trafiał do Gazy skąd był eksportowany do Egiptu, Grecji i Rzymu.

Dziś po starożytnej fortecy zbudowanej na wzniesieniu pozostały tylko kamienne fundamenty. Pozostałości muru fortyfikacyjnego, bram, domów, świątyń, spichlerzy i magazynów kadzidła opowiadają o tym, jak starannie ją zaprojektowano. Obchodzimy ruiny miasta dookoła i naszym oczom ukazuje się niesamowity widok. Przed nami rozpościera się jezioro lub zatoka morska wcinająca się głęboko w głąb lądu. Jest oddzielona od morza piaszczystym łachem zalewanym podczas przypływu. W ten sposób tworzy się estuarium, w którym woda słodka spływająca z Wadi Darbat miesza się ze tą słoną z Oceanu Indyjskiego.

Kiedy lokalny przewodnik opowiada nam o historii Omanu i roli kadzidła, które przed ropą naftową było złotem tego kraju, mam wrażenie, jakby coś zostało przemilczane. „A niewolnictwo?” – dopytuję. „Sułtan Kabus zniósł je” – odpowiedź jest zdawkowa. Wizerunek nowego Omanu musi być nieskazitelny jak białe diszdasze.

Oman był dawniej potężnym imperium morskim obejmującym swoim zasięgiem terytoria Zanzibaru, południowego Beludżystanu, zjednoczonych Emiratów Arabskich, a także wybrzeża Kenii, Tanzanii i Mozambiku. Związki Omanu z Zanzibarem uczyniły Sułtanat Maskatu jednym z najważniejszych centrów handlu niewolnikami w XIX w. W latach 20. ubiegłego wieku sułtanat stracił dużą część swoich terytoriów, które stały się Omanem Traktatowym, protektoratem Wielkiej Brytanii. Pod presją ze strony Anglików sułtanat zrezygnował z handlu żywym towarem, co wpłynęło na utratę jego wpływów politycznych i gospodarczych. Jednak niewolnictwo było częścią społecznej i gospodarczej struktury Omanu przez bardzo długi czas. Dopiero w 1970 roku zniósł je oficjalnie sułtan Kabus. Od tego czasu upłynęło zaledwie pół wieku. Jeszcze dziś w Omanie żyją ludzie, którzy w młodości byli niewolnikami. To bardzo drażliwy temat. Biała plama historii. We współczesnym Omanie czuć jednak nadal, że tu przez wieki stosunki społeczne opierały się na wykorzystywaniu człowieka przez człowieka.

Zachód słońca oglądamy z klifu nadmorskiego znajdującego się na wschód od miasta Taquah i stanowiącego część płaskowyżu rozciągającego się nad Morzem Arabskim. Brzeg jest urwisty, wysoki, bogaty w pęknięcia i jaskinie. Wygląda jak niezwykłe dzieło land artu. Przed nami, w dole rozpościera się Taquah, a przed nią biała, długa i całkowicie pusta plaża. Dawna wioska rybacka dziś rozrasta się w mgnieniu oka. W oddali po prawej widać jeden z trzech pałaców sułtana znajdujących się w gubernatorstwie Zufaru, rodzinnej ziemi Kabusa. Wokół niego wyrastają wystawne domy jego poddanych.

Na płaskowyżu stoi kilkanaście terenowych samochodów. Z okazji święta rodziny omańskie przyjechały tu na piknik. Przy SUV-ach rozłożono turystyczne stoliki i fotele lub rozwinięto dywany na ziemi. Mężczyźni w białych strojach, kobiety w czarnych, a dzieci ubrane na kolorowo popijają herbatę lub kahawe zagryzając daktylami i chrupiącym omańskim chlebem na miodzie. Niektórzy Omańczycy siedzą samotnie nad brzegiem urwiska podziwiając surowe piękno natury stworzonej przez Najwyższego. Mężczyźni powoli przygotowują się do wieczornej modlitwy rozkładając małe dywaniki przodem w kierunku Mekki. Maghrib odprawia się tuż po zachodzie słońca, gdy na niebie widać jeszcze ostatnie promienie. To modlitwa dziękczynna za miniony dzień.

Wdaję się w rozmowę z jedną z omańskich kobiet, która wraz z rodziną przybyła tu na piknik. Jest ubrana na czarno, ale nie ma zakrytej twarzy. Mówi mi, że pracuje w międzynarodowym hotelu na recepcji i lubi rozmawiać z obcokrajowcami. Jest niezwykle uprzejma. Przedstawia mi swoją siostrę i z dumą pokazuje willę w okolicy pałacu Jego Wysokości. Opowiada, że Omańczycy otrzymują za darmo ziemię od rządu, aby wybudować na niej swój dom.

Kiedy czerwona kula słońca znika za horyzontem z oddali dobiega głos muezzina wzywający na wieczorną modlitwę. Wiatr niesie słowa „Allah Akbar, Allah Akbar”.

 

Salala

 

W drodze do stolicy Zufaru mijamy kolejny pałac sułtana, ten z widokiem na góry, w którym Kabus ibn Sa’id spędzał chętnie czas. Z okien samochodu nie udaje się dostrzec zbyt wiele. Wydaje się, że szary mur z wieżyczkami strażniczymi okalający królewską rezydencję ciągnie się w nieskończoność. Przed nim rozpościera się olbrzymie pole. Kiedy Kabus przyjeżdżał tu ze swoim dworem i całym rządem, by zatrzymać się na dłużej, na polu ustawiano stoły i wydawano ucztę dla ludu.

Drugie co do wielkości miasto Omanu jest zamieszkiwane przez ćwierć miliona ludzi. Przy szerokich, dwupasmowych ulicach stoją nowoczesne budynki w stylu arabskim nie przekraczające jednak dziesięciu pięter: apartamentowce, biurowce, banki. I tu uderza brak trawników, chodników, a przede wszystkim pasów dla pieszych. Samochody jeżdżą z dużą szybkością, a ludzie – głównie robotnicy zagraniczni w zielonych ubraniach ochronnych – przebiegają przez dwupasmówki narażając życie. Na wszystkim osiada wszędobylski kurz.

Oman liczący 309 500 km2 jest trzecim co do wielkości krajem na Półwyspie Arabskim i jednym z najmniej zaludnionych krajów na świecie. Zamieszkuje go 4,5 mln ludzi, z czego 60 proc. to Omańczycy, a pozostałe 40 proc. obcokrajowcy – głównie pracownicy z Indii, Bangladeszu, Pakistanu, Filipin, Egiptu. To przede wszystkim ci drudzy pracują na dobrobyt Omanu, wykonując większość zajęć fizycznych. W Omanie obowiązuje jednak „omanizacja”. To oficjalnie przyjęta strategia rządu mająca na celu zwiększenie udziału obywateli w krajowym rynku pracy. Są nakładane limity na zatrudnienie cudzoziemców w określonych branżach – np. w sektorze hotelowym na trzech pracowników zagranicznych trzeba zapewnić zatrudnienie jednemu rodowitemu Omańczykowi. Wśród pracowników budowlanych odsetek ten jest niższy, ale są i sektory, w których zabrania się zatrudniania obcokrajowców – np. administracja. Wiele firm preferuje zagranicznych pracowników ze względu na niższe koszty, większe doświadczenie i profesjonalizm. Omańczycy nie lubią pracować i śpieszą się zawsze powoli.

Główną atrakcją turystyczną Salali jest Meczet Sułtana Kabusa ibn Sa’ida – imponująca, nowoczesna budowla w samym sercu miasta. Łączy tradycyjne elementy islamskiej architektury z nowoczesnością. Jest najważniejszym miejscem modlitwy w mieście i może pomieścić kilka tysięcy wiernych. Bogato zdobiona kopuła i eleganckie minarety odbijają się niczym w tafli wody w drogim, jasnym marmurze, którym wyłożono dziedziniec. Przy wejściu znajdują się pomieszczenia ablucyjne dla mężczyzn. Przestrzenne, jasne wnętrze jest podzielone czterema filarami wspierającymi kopułę. Pod nią wisi ogromny żyrandol wykonany z weneckiego szkła z Murano. Podłogę przykrywa olbrzymi, perski dywan w kolorze turkusowo-zielonym, z poprzecznymi liniami wyznaczającymi miejsce modlitwy. Wprawdzie żyrandol i dywan nie są tak wielkie jak te w Meczecie Sułtana Kabusa w Maskacie, ale nadają wnętrzu majestatyczny charakter.

Przed wejściem zdjęliśmy buty, a strażnik uważnie skontrolował nasze stroje i to, aby wszystkie kobiety miały zakryte głowy chustą i nie wystawał spod nich nawet kosmyk. Normalnie kobiety nigdy nie wchodzą do głównej sali, aby nie rozpraszać niczym mężczyzn podczas modlitwy. Dla nich jest oddzielnie miejsce z boku meczetu, z oddzielną toaletą ablucyjną.

Naprzeciw wejścia znajduje się nisza, z której przemawia imam i która wyznacza kierunek Mekki. Wiszą przy niej elektroniczne zegary pokazujące pory pięciu modlitw dziennych, datę i godzinę. Wzdłuż ścian i przy filarach umieszczono biblioteczki, w których znajduje się Koran. Ich ozdobne grzbiety tworzą arabeskową dekorację.

Przewodnik lokalny opowiada nam o islamskiej wierze. Wymienia pięć filarów islamu: Sahada – świadectwo wiary, Salat – modlitwa, Zakat – jałmużna, Swam – post podczas Ramadanu, Hadżdż – pielgrzymka do Mekki. Mówi o jakich porach odbywa się modlitwa: przed wschodem słońca – Fadżr, w południe – Zuhr, po południu – Asr, po zachodzie słońca – Maghrib, w nocy – Isha. Pokazuje też jak modlą się muzułmanie. Mężczyźni mają obowiązek przychodzić do meczetu, kobiety mogą modlić się w domach. Dla pracujących i chorych są jednak odstępstwa i ułatwienia. W piątki w meczecie spotykają się wszyscy i południowa modlitwa trwa blisko godzinę.

Religia, jak we wszystkich krajach islamskich, odgrywa kluczową rolę w życiu społecznym i kulturalnym. Oman jest jednak jednym z nielicznych krajów, gdzie większość ludności (ponad 70 proc.), wyznaje ibadytyzm – najbardziej umiarkowaną i tolerancyjną odmianę islamu. Choć islam jest religią państwową, konstytucja gwarantuje wolność wyznania, a rząd wspiera dialog międzyreligijny. W Maskacie i Salali są także kościoły chrześcijańskie oraz świątynie hinduistyczne. Szariat (prawo islamskie) to podstawa systemu prawnego, ale w wielu aspektach dotyczących zwłaszcza niemuzułmanów są stosowane przepisy świeckie.

Spod Meczetu Sułtana Kabusa przejeżdżamy pod Pałac Al-Husn będący letnią rezydencją Jego Wysokości, położony w okolicy wybrzeża. Niestety można obejrzeć tylko z zewnątrz jego kilometrowe, wysokie mury. Pozwalają dostrzec jedynie wysoki minaret i piękną, niebieską kopułę. Przy bramie, w której znajdują się dwie małe furtki – jedna dla mężczyzn, druga dla kobiet - ciekawskich wita herb królewski Omanu, najważniejszy emblemat kraju znajdujący się na fladze, pieczęciach i banknotach. Na pierwszym planie dwie skrzyżowane szable symbolizujące siłę i odwagę, za nimi tradycyjny sztylet omański – handżar, symbol dumy narodowej i dziedzictwa Omanu, osadzony za ozdobnym pasem, elementem stroju narodowego, a na górze królewska korona. Nad bramą góruje wysoka wieża zegarowa, przypominająca Big Ben w arabskim stylu. To znak nostalgii sułtana Kabusa za Londynem, w którym spędził młodość. Pałac otaczają zielone ogrody, w których zadziwiają monumentalne palmy. Idealne miejsce do spaceru dla poddanych i turystów.

Pałac Al-Husn jest świadectwem bliskiego związku sułtana Kabusa ibn Sa’ida z Salalą i rodzinnym Zufarem. Lubił tu przebywać i spędzał zawsze kilka miesięcy w roku w swoich zufarskich posiadłościach. Za nim oczywiście przemieszczał się cały dwór oraz rząd z rodzinami. Aby obsłużyć wszystkich potrzebnych było kilka tysięcy ludzi. Obecny sułtan Hajsam ibn Tarik Al Sa’id już tak często tu nie bywa.

Pobliski suk Al-Husn rozczarowuje mnie. Targ jest przereklamowany i drogi. Owszem oferuje kadzidło nawet to najwyższej jakości oraz perfumy Amouage w trochę niższej cenie, ale omańskiego rzemiosła już tutaj nie ma. Magnezy na lodówkę i upominki made in China, kaszmirowe szale słabej jakości z Indii, kolorowe torebki, pluszowe wielbłądy, kummy – czyli tradycyjne omańskie nakrycia głowy, lokalne kosmetyki, esencje i przyprawy. Dziś nie trzeba przebywać tysięcy kilometrów, aby takie rzeczy kupić. Flagi omańskie i podobizny sułtanów zdobiące każdy zakątek przypominają, że w Omanie obchodzi się narodowe święto.

Salala słynie jednak z czegoś innego. W przeciwieństwie do 80 proc. pustynnego terytorium kraju, tutaj jest stosunkowo zielono nawet w sezonie suchym. Pobocze dróg zajmują plantacje bananów, palm kokosowych, a także drzew owocowych pomarańczy, papai i mango. Są tu uprawiane warzywa (pomidory, ogórki, bakłażany, cukinie, papryka, ziemniaki, cebula i inne) oraz soczyste, słodkie arbuzy. Charakterystyczne stragany obłożone kolorowymi owocami i warzywami cieszą oczy. Słońce i khareef czynią je naprawdę smacznymi.

Jednak złotem Zufaru pozostaje nadal kadzidło. Mamy zwiedzić jeszcze Muzeum Kadzidła na terenie Parku Archeologicznego Al-Baleed, wpisanego na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO jako część Szlaku Kadzidlanego. Niestety ma awarię prądu. Mając jeszcze czas w drodze powrotnej zatrzymujemy się obok dziewiętnastowiecznego zamku w Taqah zbudowanego z kamienia i gliny, i pełniącego funkcję rezydencji królewskiego namiestnika oraz twierdzy obronnej. Przy okazji zwiedzamy tradycyjny omański dom z kamienia, w którym panuje naturalna klimatyzacja. Nieopodal jest omańska restauracja, w której podają majboos (danie z mięsa i ryżu), pieczoną rybę, sos, sałatkę i napoje gazowane (alkoholu się tu nie pija). Każda restauracja ma oddzielne, zamykane pokoje, w których zasiadają rodziny. W tym miejscu kobiety mogą odkryć twarz podczas posiłku nie pokazując się nikomu. Zanim kelner wejdzie do środka, puka, aby kobieta zdążyła założyć nikab. Omańczycy posilając się siedzą na podłodze i jedzą rękami z jednego talerza.

W pobliżu zamku w Taqah znajduje się meczet Shaikh Al-Afeef oraz cmentarz, na którym pochowano matkę sułtana Kabusa – Mazoon al-Mashani, wuja i dziadka. To chyba jedyne groby w Omanie oznakowane kamiennymi tablicami, z wyrytymi wersami Koranu i nazwiskami zmarłych. Groby muzułmańskie są bezimienne. Zmarłego chowa się w ziemi, owiniętego w całun i ułożonego na boku i zakopuje, a na grobie ustawia się kamienie – dwa w przypadku mężczyzny, trzy w przypadku kobiety. Muzułmanie nie odwiedzają swoich zmarłych. Nie przynoszą im kwiatów i nie zapalają świeczek. Zmarli odchodzą. W Omanie w wielu miejscach na poboczach widać kamienne pola. To bezimienne cmentarze.

 

Szlakiem Kadzidlanym do wrót pustyni Ar-Rab al-Chali

 

Autostrada wiodąca z Salali do Maskatu jak serpentyna tnie masyw Dżabal Samhan, wznosząc się ponad tysiąc metrów nad poziom morza. Po lewym pasie śmigają samochody terenowe z czerwonymi tablicami rejestracyjnymi wożące turystów. Po prawym ślimaczą się ciężarówki. Większość tirów z przyczepami przewozi nowe samochody – oznaka, że rynek motoryzacyjny ma się tu dobrze. Nic dziwnego, skoro litr benzyny kosztuje pół dolara.

Docieramy do Parku Wadi Dawkah chroniącego naturalne siedliska drzew kadzidłowych, kolejnego miejsca wpisanego w 2000 roku na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO jako część Szlaku Kadzidlanego odpowiadającego historycznej Krainie Kadzidła. W Wadi Dawkah, na obszarze 5 km2 rośnie ponad tysiąc drzewek Boswellia sacra. Są one dość niepozorne – niskie i rozłożyste przypominają bardziej krzaki. Mają drobne listki i delikatną, jasną korę. Tę nacina się, by z pnia spłynęła limfa i skrystalizowała się. Z rany wydobywają się mleczne „łzy”. Zbiera się je od wiosny do jesieni. Produktem końcowym są bryłki zastygłej żywicy różnej wielkości i o różnym zabarwieniu. Te jasne mają najwyższą jakości i zastosowanie homeopatyczne, medyczne oraz kosmetyczne. Te ciemniejsze lub brunatne używa się do palenia w kadzielnicach i aromaterapii. Kadzidło od wieków było jednym z najbardziej pożądanych towarów handlowych, zwłaszcza w czasach starożytnych. Jego unikalny zapach i wszechstronne zastosowanie sprawiły, że stało się symbolem luksusu, duchowości i zdrowia. Jest stosowane w wielu religiach w celach kultowych do oczyszczania miejsca i pogłębienia skupienia. Dym z kadzidła symbolizuje wznoszenie się modlitw do nieba.

Z olibanum - żywicy zebranej w Wadi Dawkah produkuje się olejek kadzidłowy oraz słynne, luksusowe perfumy Amouage, nazywane perfumami sułtana. Marka powstała w 1983 r., właśnie w Omanie z woli sułtana Kabusa, założona przez ministra jego rządu – Sayyida Hamada ibn Hamouda al-Busaidiego. Pierwszy zapach marki Amouage Gold, stworzony przez mistrza perfumiarstwa Guy’a Roberta był intensywny z nutami kadzidła, róży, mirry, drzewa sandałowego i o wyjątkowej trwałości. Perfumy szybko podbiły świat, osiągając zawrotne ceny ze względu na unikalne i rzadkie składniki oraz ekskluzywne flakony. Mogą kosztować od kilkuset do kilku tysięcy omańskich riali. Są „najcenniejszym zapachem świata”. Od 2022 roku firma Amouage we współpracy z Ministerstwem Dziedzictwa i Turystyki Omanu przejęła teren parku w ramach pilotażowego projektu dla omańskiego przemysłu kadzidłowego. Menadżer Amouage – Renaud Salmon myśli o plantacji „inteligentnych drzew”. Na obszarze Wadi Dawkah w ciągu dziesięciolatki ma zostać posadzonych 15 tysięcy drzew Boswellia sacra i każde z nich będzie posiadać swój kod QR. Drzewa można zaadoptować opłacając rocznie kwotę 250 dolarów. W zamian otrzyma się flakon perfum Amouage oraz olejek kadzidłowy.

Raz jeszcze patrzę na rozległą przestrzeń Wadi Dawkah. Tu kończą się góry i zaczyna pustynia. Suchy klimat i piaszczysta gleba są idealne dla drzew Boswellia sacra. To skarb Omanu.

Autostrada ciągnie się dalej do Thumrait. To już prosta droga. Widoki stają się coraz bardziej monotonne. Zaczyna się kamienna pustynia. Tylko znaki ostrzegawcze z wielbłądami przypominają, żeby nie tracić czujności. Na skrzyżowaniu okrężnym w Thumrait drogi rozchodzą się. Ta w prawo prowadzi do Maskatu, ta w lewo do Jemenu. My jedziemy prosto. Teren staje się zupełnie płaski, kamienie coraz mniejsze, a piasek coraz bardziej miałki.

Dostrzegamy wreszcie kierunkowskaz z napisem Ubar. Stanowisko archeologiczne Shirsr znajduje się obok wioski Ash Shisr. Jego ruiny zostały odkryte w 1992 r., dzięki analizie obrazów satelitarnych, mających na celu zlokalizować starożytne drogi karawan na Szlaku Kadzidlanym. To czwarte miejsce wpisane na listę UNESCO. Dawniej znajdowała się tu ważna oaza, o czym świadczy studnia i pozostałości murów. Jednak według niektórych to właśnie tutaj istniało legendarne miasto Ubar, nazywane „Atlantydą Pustyni”. Wspominane w Koranie jako Iram o Wysokich Kolumnach i zniszczone przez boski gniew, gdyż jego mieszkańcy popadli w pychę dopuszczając się występków. Tu zatrzymywały się handlowe karawany wiozące mirę, kadzidło i złoto, aby odpocząć i uzupełnić zapasy przed wyruszeniem na pustynię, w kierunku Arabii, Egiptu i Mezopotamii. Historia Atlantydy Pustyni może być jednak bardziej prozaiczna. Oaza zapadła się pod ziemię w wyniku erozji i zawalenia się wapiennych jaskiń.

Docieramy wreszcie do bram pustyni Ar-Rab al-Chali. Kończy się asfaltówka i zaczyna piach. Terenowa toyota włącza tylni napęd by się nie zakopać. Naszym oczom ukazują się wspaniałe, majestatyczne, złote wydmy. Samochód rozpędza się by wjechać na jedną z nich. Na tę najniższą… Dalszą drogę trzeba pokonać boso.

Ar-Rab al-Chali – jedna z największych i najbardziej surowych pustyń piaszczystych na świecie. Jest nazywana „Pustą ćwiartką” lub „Pustym kwartałem”. Zajmuje 650 tys. km2 rozciągając się przez terytoria Arabii Saudyjskiej, Omanu, Jemenu i Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Jej długość liczy ponad 1200 km a jej szerokość wynosi 500 km. To rozległe terytorium kształtują wydmy podłużne, barchany, wydmy poprzeczne, wydmy gwiaździste, wadi – czyli koryta starych rzek, solniska i kratery meteorowe Waber.

 Opowieści Beduinów przekazywane z pokolenia na pokolenie, mówiły, że w pobliżu Ubar znajduje się bryła żelaza wielka jak garb wielbłąda. Harry Saint John Bridger Philby – arabista, podróżnik, pisarz oraz oficer brytyjskiego wywiadu - poszukujący zaginionego miasta, w 1932 r. natchnął się na kratery po upadku meteorów oraz na bryłę naturalnego żelaza. Ubaru jednak nie znalazł…

„Pusta ćwiartka” zawsze fascynowała odkrywców i podróżników. Wiele zachodnich ekspedycji próbowało podążać śladem karawan, głównie w poszukiwaniu surowców: D.E Cheeseman (1923), Burtram Thomas (1930), John Philby (1932), Wilfred Thesiger (1945). Thesiger przeprawił się przez pustynię dwukrotnie z pomocą miejscowych Beduinów i opisał swoje wrażenia w książce Arabian Sands. Ostatnim był włoski odkrywca i wyczynowiec Max Calderan. 2 lutego 2020 roku przeszedł Al-Rab al-Chali w 18 dni pokonując 1100 km, wyruszając z oazy Najran w Arabii Saudyjskiej i docierając do granicy ZEA. Trasę, którą przebył na jego cześć nazwano Linią Calderana.

Siedzę na wydmie zwrócona twarzą w kierunku zachodzącego słońca. Podziwiam piękny, surowy krajobraz piaskowych gór ciągnących się aż po horyzont. Wsłuchuję się w ciszę. Teraz naprawdę dotarłam do nicości – do jednego z najbardziej nieprzyjaznych miejsc na świecie, pozbawionego wody, roślinności i nie zamieszkiwanego przez nikogo. Dotarłam do pustki.

 

 

AGNIESZKA ZAKRZEWICZ

venerdì 31 gennaio 2014

JA JESTEM CIAŁEM


“Kolumbia jest krajem, który wymaga dogłębnej rewolucji mentalności, kultury i wrażliwości społecznej. Rewolucji pacyfistycznej, zaczynającej się od ewolucji osobistej i moim zdaniem - edukacja jest jedynym sposobem na przeprowadzenie jej. Ja nie mam innych środków, jak tylko moje własne ciało. Moje ciało jest moją strategią, bo ciało jest również głęboką metaforą. Społeczeństwo jest jak ciało złożone z organów i z komórek - czyli jednostek. Pokój społeczny zależy od zdrowia całego ciała, a więc od zdrowia komórek - pokoju i dobrobytu pojedynczych ludzi...” 


Tekst: AGNIESZKA ZAKRZEWICZ
Fotografie: SERGIO RISPOLI I AGNIESZKA ZAKRZEWICZ


ciało jest moją strategią, bo ciało jest głęboką metaforą

 

W Kartagenie uderzyło mnie, że mieszkańcy wystawili pomniki - nie przodownikom pracy, generałom czy dyktatorom, lecz - zwierzętom, roślinom i rdzennym mieszkańcom tej ziemi. Monument kraba odlanego z niebieskawego brązu; błyszczący w słońcu dziób wielkiego, miedzianego tukana; zaśniedziały, pokryty zielonkawym meszkiem klucz kormoranów, wzbijających się w niebo z marmurowej skały; gigantyczna, naga Indianka, wspinająca się na palce...
Alvaro Restrepo, jeden z najsłynniejszych artystów tańca współczesnego, znany jako autor i wykonawca baletów “Rebis”, “Choroba Anioła”, “Raveliana”, po latach kariery nowojorskiej zdecydował się powrócić do Kolumbii i założyć tu Kolegium Ciała. Szkoła tańca, która pozwoli młodym Kolumbijczykom eksperymentować swój talent i wrażliwość artystyczną, zaczęła działać w 1997 roku, pod patronatem francuskiego Centrum Tańca Współczesnego w Anger, kierowanego przez Marie France Delieuvin. Rada Miejska Kartageny oddała dla potrzeb Kolegium piętnastowieczny, zabytkowy klasztor jezuicki. W całym przedsięwzięciu maczał palce również Gabriel Garcia Marquez, który założył Fundację Nowego Dziennikarstwa Iberoamerykańskiego, prowadzącą kursy dla dziennikarzy z Ameryki Łacińskiej, z udziałem sławnych piór z całego świata i pod patronatem UNESCO. Marzeniem wszystkich jest uczynić z Cartagena de Indias miasto kultury, jakie stanie się inną wizytówką tego pięknego kraju, nękanego bezustannie od ponad 40 lat przez wojnę domową.

W 1996 roku przyjechało tu ośmiu zawodowych tancerzy, którzy przygotowywali się w Anger, by rozpocząć roczną pracę w szkołach i na Uniwersytecie. Polegała ona na zajęciach z uczniami, podczas których prowadzono eksperymentalne lekcje wychowania fizycznego, wykładano historię sztuki i tańca oraz prezentowano fragmenty przedstawień. Jako szkoła eksperymentalna została w końcu wybrana podstawówka Inem - “kołchoz” z pięcioma tysiącami uczniów. Na pierwsze zajęcia wytypowano 480 dzieci w wieku od 13 do 16 lat. Kiedy Kolegium Ciała zaczęło funkcjonować w klasztorze Św. Franciszka, przystąpiono do pierwszej selekcji młodych tancerzy oraz przygotowań do spektaklu “Upokorzeni”. Choreografię do niego stworzyli wspólnie Alvaro Restrepo i Marie France Delieuvin. Historia smutna, jakie niestety w Kolumbii przytrafiają się na co dzień... Ciała na ziemi, przykryte tiulem w kolorze popiołu symbolizują zabitych, dziewczyny odziane w błękitne suknie - wdowy tego kraju... Przychodzą one w odwiedziny do swoich zabitych, odkrywają ich, przykrywają na nowo tiulowym popiołem i płaczą. Czarny mężczyzna w łachmanach, krąży do okoła jak cień…
Jak mi powiedział Alvaro, pomysł na spektakl narodził się spontanicznie, po przeczytaniu w gazecie o kolejnej masakrze w wiosce indiańskiej, na brzegach Rio Magdalena dokonanej przez oddziały paramilitarne. Tym razem zamordowano 30 osób. Reszta mieszkańców uciekła, dzieląc los 1,5 miliona desplazados (przegnanych), którzy koczują w slamsach zbudowanych na przedmieściach miast. Tylko jeden mężczyzna, pozostał w pobliżu wioski i wracał każdego wieczoru szukać ciał swoich bliskich. Kiedy na miejsce, po kilu dniach, dotarła lokalna prasa, znaleziono go u kresu sił, ukrytego w zaroślach.

 

ciało każdego z nas jest świętym miejscem, w którym tworzy się kultura

Były to ostatnie próby przed podróżą do Europy, na Tydzień Kultury Kolumbijskiej w Paryżu, gdzie w audytorium UNESCO miała się odbyć premiera baletu “Upokorzeni”. Dla 20 młodych Kolumbijczyków to pierwszy wyjazd z kraju, w wielki świat... i w zasadzie jedyna możliwość takiego wyjazdu. Wśród dzieci, które zostały wybrane, by tworzyć grupę pilotującą Kolegium Ciała jest także Amada Tinoco - piękna, wysmukła, 13-letnia Indios, tańcząca jak gazela. Jej ojciec został zabity w jednej z takich masakr, o jakich opowiada libretto “Upokorzonych”. Matkę porwano gdy miała 8 lat i nigdy nie powróciła do domu. Teraz, Amada żyje z babcią, w slamsie Mandela, na przedmieściu Kartageny, jak większość dzieciaków uczących się w podstawówce Inem.
„Celem Kolegium ma być jednak co innego, niż dawanie szansy ucieczki od biedy”. – podkreślał Alvaro. – „Ma to być wysoce wyspecjalizowana szkoła tańca współczesnego, sławna w całym świecie, gdzie będą mogli ćwiczyć razem biali i czarni, bogaci i biedni.”
“Na początku każdych zajęć ustawiam ich zawsze na przeciwko siebie, twarz w twarz, jak przed lustrem. Chudzi z grubszymi, niscy z wysokimi, ciemnoskórzy z białymi” – tłumaczył mi wybitny tancerz kolumbijski, kiedy staliśmy na parkiecie w klasztorze Św. Franciszka, a jego uczniowie przygotowywali się do próby - “Ćwiczenia fizyczne, eksperymentowanie z własnym ciałem, doskonalenie go, prowadzą do większego szacunku w stosunku do siebie samego, wyrabiają “autoszacunek” i to - naturalnie - są wartości pozytywne, które przenosimy potem na innych. W ten sposób tworzą się podstawy do tego, żeby szanować innych, żeby kochać i respektować “różnicę” jako wartość. Ja nie posiadam ciała... Ja jestem ciałem! Mogę kochać siebie lub nienawidzić i niszczyć siebie samego, a więc swoje ciało. Lekkość lub ciężkość ruchów, kształty, zmarszczki, blizny - to również język ducha: szczęśliwego lub cierpiącego. W ciele każdego z nas jest zapisana pamięć przeżytego czasu, ciało każdego z nas jest świętym miejscem, w którym tworzy się kultura i środkiem jej przekazu.”


“Piękne, utopijne marzenie ludzi, którzy stawiają pomniki ptakom” - pomyślałam ze sceptycyzmem białego Europejczyka. Alvaro wytlumaczył mi jednak, że jego projekt reformy edukacji fizycznej będzie wdrażany w całym kraju. Kolegium Ciała ma kształcić nie tylko zawodowych tancerzy, ale również pedagogów, nauczycieli, choreografów, scenografów i inne kategorie profesjonalne związane z tańcem. Eksperyment dokonany w podstawówce Inem jest powtarzany w innych szkołach i przy ministerstwie oświaty została utworzona komisja pracująca nad nowym programem wychowania fizycznego, który przewiduje wprowadzenie tańca, gimnastyki chińskiej, wschodnich walk obronnych, technik oddychania i medytacji, lekcji anatomii, wychowania seksualnego oraz poprawnego żywienia. Sposób na kształtowanie już w dzieciach szacunku do siebie samych, do swojego ciała i do innych.
“Religia katolicka umartwiła ciało.” - mówi Alvaro - “Reklama telewizyjna pokazuje nam ciało wyidealizowane, doskonałe, które jest bardziej manekinem niż istotą żyjącą Kulturystyka wykształciła mit siły i przemocy fizycznej, gdzie liczy się wielkość mięśni. Piłka nożna, transmitowana w telewizorze, stała się surogatem ruchu fizycznego, który konsumujemy “wirtualnie”, siedząc w fotelu. Trzeba wprowadzić inną filozofię ciała, prawdziwą kulturę ciała, pojmowaną jako proces reformy cywilizacyjnej, która pomoże nam wrócić do siebie samych i do natury. My nie posiadamy ciała - my jesteśmy ciałem. To istotna różnica filozoficzna.”

Kiedy próba „Upokorzonych” zakończyła się, Alvaro opowiadał mi jeszcze o Festiwalu Tańca Współczesnego, który odbywa się co roku w Kartagenie oraz o projektach fotograficznych jakie zrealizował z Ruvenem Afanadorem, będących świadectwem tej nowej, pacyfistycznej rewolucji, wiodącej poprzez ciało i edukację. - “Ja wieżę w komunikację pozytywną” - mówił, odprowadzając nas do wyjścia - “Kolumbia jest już tak zmęczona przemocą, że ludziom nie pozostaje nic innego, jak przekazywanie sobie otuchy i tworzenie nowych wartości, które będą wspólne dla wszystkich. Jedynym środkiem do tego jest kultura.”

Na ulicach Kartageny spotyka się ludzi, którzy noszą plakietki z zielonymi wstążeczkami i napisem “Quiero la paz”. Kobiety, mężczyźni, starcy, dzieci, biali i ciemnoskórzy. Te same plakietki wiszą w oknach sklepów, salonów piękności, barów, kawiarni i autobusów. Nieme, ale zdeterminowane pragnienie pokoju...


© AGNIESZKA ZAKRZEWICZ, 2001

----------------------------------------------------------------------
Wszystkie teksty i zdjęcia zamieszczone na tym blogu są chronione prawem autorskim.
Wszelki plagiat, przedruk lub wykorzystywanie bez zgody autora
jest wykroczeniem i roszczenia z tego tytułu będą dochodzone
na drodze sądowej.

Koka, przegnani, zaginieni


Kolumbia, okolice Cartageny. Osada Nelson Mandela świeci z daleka białymi daszkami malutkich baraków. Są usiane ciasno i chaotycznie, jeden przy drugim. Tysiące białych daszków i wyblakłe, wątłe kępy zieleni stapiają się w jedną całość z piaszczystymi pagórkami. Mrowisko – przychodzi na myśl, kiedy kolumbijska fotoreporterka Olga Lucia Paulhiac tłumaczy, że w tej osadzie mieszka 45 tys. osób. To desplazados, przegnani. Mieszkają w domkach skleconych z blachy falistej, desek, kartonu i plastikowej folii.

Tekst: AGNIESZKA ZAKRZEWICZ
Fotografie: OLGA LUCIA PAULHIAC, SERGIO RISPOLI

Ubity kawałek ziemi o nieregularnym kształcie to centralny plac osady. Pośrodku – zamiast pomnika, takiego jakie stoją na wszystkich kolumbijskich placach – drewniany pal z oznaczeniem przystanku autobusowego, rozkładem jazdy i tabliczką: „Nelson Mandela – Centrum”. Jeden z baraków stojących przy placu wygląda bardziej reprezentacyjnie – zbity z równych desek i wybielony. Duży napis na ścianie: sklep oraz symbol telefonu są wymalowane odręcznie. Obok skrzynka pocztowa i latarnia. Przed drewnianym budynkiem w kolorze błękitnym, zadaszonym ondulatem wspartym na palikach, siedzą dzieciaki z tornistrami. Mały napis informuje: szkoła.
Od placu odchodzi długa piaszczysta droga, pełna kolein nawet gdy nie pada. Pełznie przez jeden, drugi i trzeci pagórek, na których rozciąga się osada – w kierunku Cartageny. Mówi się więc na nią ulica Cartageńska. Kiedy w 1995 r. przybyły tu pierwsze rodziny desplazados (przegnanych) – nie było jeszcze placu, tylko jałowe pagórki. Potem przyszli następni i teraz od Cartageńskiej odchodzi wiele wąskich dróżek, które przemierza się z trudem. Nad wszystkim falują linie wysokiego napięcia.
– Większość mieszkańców ma już światło w domach – mówi przewodniczka. – Największy problem mają jednak z wodą. Boją się kopać studnie głębinowe, gdyż pod spodem są odpady toksyczne. Do niedawna na tym pagórku stała nawet tablica ostrzegawcza. Teraz widocznie ktoś ją usunął.

DOM NA SPRZEDAŻ 

Przed domem wyrósł piękny jaśmin. Babcia Bell codziennie nosiła wodę, żeby go podlewać. Carlos i Juan to jej najstarsze wnuki, synowie córki Marii Dolores, która ma troje dzieci i najmłodsze karmi piersią. Odpoczywają w środku z dziadkiem Jose Huanem i mężem siedemnastoletniej Marii Dolores – Ramirem.
Pochodzą z San José de Apartadó, z departamentu Antiochii. W marcu 1997 r. oddziały paramilitarne weszły do wioski o świcie. Spędzono wszystkich mieszkańców, a dowódca oskarżył trzech mężczyzn o współpracę z Rewolucyjnymi Siłami Zbrojnymi Kolumbii (RSZK). Zabito ich na miejscu, przebrano w partyzanckie mundury i trupy zabrano helikopterem. Była to akcja oddziałów paramilitarnych wymierzona w Unión Patriótica (Związek Patriotyczny – komunistyczna partia, która powstała z RSZK; w latach 1985–96 zostali wymordowani prawie wszyscy jej działacze – blisko 2 tys. osób). Kiedy San José de Apartadó chcąc zachować neutralność ogłosiło się comunidad de paz (wspólnotą pacyfistyczną), ataki zbrojne nasiliły się. Wracały oddziały paramilitarne i wojsko. Przychodziły też do wioski ekspedycje karne partyzantki komunistycznej i szukały kolaborantów. Rodzina Doloresów uciekła z San José, kiedy zaczęły się masakry i zanim wybuchła epidemia malarii. Mieszkali najpierw w barakowisku na przedmieściach Medellin, ale i tam było niebezpiecznie ze względu na szwadrony śmierci. Potem przyjechali do Cartageny i zostali skierowani do Mandela. Mąż Marii Dolores jest murarzem. Razem z dziadkiem wybudowali ten dom – z desek, z podłogą wylaną cementem. Mają lodówkę, beczki na wodę i druciany, bujany fotel dla dziadka – przedmioty, które Ramiro zabrał z willi, którą remontował w mieście. Przy wejściu tabliczka: „Se vende una mehora. Informe a qui” (Dom na sprzedaż. Wiadomość na miejscu). Babcia Bell gotowa go sprzedać za 500 dolarów.
Sąsiedzi nie mają podłogi. Cztery pale wbite w ziemię stanowią szkielet, z którego zwisają płachty plastiku. W środku śpi jedenaście osób – Rosa, jej siostra i dziewięcioro dzieci. Ich mężowie są desaparecidos (zaginieni). Uciekły z dziećmi z okolic Riosucio, w departamencie Chocó.
– W Mandela mieszkają przegnani z Antiochii, Chocó, Bolivaru, z regionu kawowego, z obszarów, gdzie uprawia się kokę, wydobywa złoto. Ponad połowa mieszkańców to dzieci – tłumaczy kolumbijska fotoreporterka. – Wiele plemion musiało opuścić swoje terytoria, gdyż królowie wojny i narkoprzemytnicy zajęli je pod uprawę koki; potem wkraczały oddziały paramilitarne, by dokonać masakr, lub wojsko, które w ramach walki z narkoprzemytem spryskuje uprawy środkami chemicznymi, zakwaszającymi glebę. Później już nic tam nie rośnie i ludzie muszą emigrować, by nie umrzeć z głodu. Obecnie w Kolumbii jest półtora miliona desplazados, żyjących w barakowiskach podobnych do tego.

PROŚBA O POKÓJ
 
Kolorowy autobus przyjechał punktualnie. Na pulpicie obok kierownicy stała plastikowa Madonna i fotografia jakiejś lokalnej gwiazdy seriali telewizyjnych w negliżu. W lusterku odbijała się charakterystyczna szeroka twarz młodego latynoskiego macho jakby wyjętego z filmu z lat 80. Uśmiechał się sprzedając bilety. Na każdym przystanku wsiadał ktoś z wiaderkiem ze zmrożonym lodem lub przekąskami. Rudery Mandeli oddalały się, gdy Olga Lucia Paulhiac tłumaczyła, na czym polega pesca milagrosa (cudowny połów): – Obstawia się drogę, a potem rzuca kośćmi. Numer, który wypadnie – wyznacza, co który samochód zostanie zatrzymany. Pasażerowie zostają uprowadzeni.
Cudowny połów wymyślił Edinson Romana – 30-letni dowódca 56 Frontu Rewolucyjnych Sił Zbrojnych Kolumbii, który nosi dwa przydomki: Che i Car Uprowadzonych. Inspiracji nie szukał daleko – wzorował się na terrorystycznych metodach Pablo Escobara, który porwaniem dziennikarzy w 1990 r. poruszył opinię światową. Na Romana zostało wydanych już dwanaście nakazów aresztowania, a w USA czeka go dożywocie za porwanie pięciu obywateli amerykańskich. Liczba uprowadzeń dla okupu wzrosła, od kiedy rewolucjoniści przestali otrzymywać pomoc finansową z bloku komunistycznego. Zdjęcia Romana czasami ukazują się w kolumbijskich gazetach. Pozwala się fotografować w berecie, w charakterystycznych pozach, które upodabniają go rzeczywiście do Che Guevary. Tylko spojrzenie ma mniej romantyczne.
Włoski lekarz z międzynarodowej organizacji Lekarze bez Granic opowiadał w hotelu, że podróżując po kraju napotyka często blokady dróg. Raz są to partyzanci, raz oddziały paramilitarne. Są uzbrojeni po zęby, mają komputery przenośne i satelitarne telefony komórkowe – dzięki czemu mogą sprawdzać dane personalne zatrzymanych. Zdarzają się też zwyczajni bandyci, z maczetami.
Autobus dojechał na przedmieścia Cartageny. Również i tu wyrosły małe barakowiska wszędzie tam, gdzie jest choć trochę miejsca. Ciągle ktoś wsiadał próbując sprzedać swój towar pasażerom: wodę, słodycze, lody, jaja iguany uważane za afrodyzjak oraz trutkę na szczury. Klaksony trąbiły wesoło, kiedy kolorowe autobusy mijały się (wyglądają jak wozy karnawałowe, gdyż każdy z kierowców ozdabia je według własnego pomysłu i zgodnie z kanonami kiczu latynoskiego). Dzieci z tornistrami wychodziły ze szkół. Narzeczeni trzymali się za ręce. Miasto tchnęło zwyczajną, powszednią normalnością.
– Kolumbijczycy przywykli do współżycia ze śmiercią. W tym kraju śmierć jest elementem życia – odpowiedziała fotoreporterka słysząc, że Amnesty International szacuje, iż każdego roku w Kolumbii zabija się i porywa kilka tysięcy ludzi. – Po 40 latach wojny domowej, która nigdy się nie kończy, ludzie są już naprawdę zmęczeni. Coraz więcej osób nosi plakietki z napisem „Qiuero la paz” – prosić o pokój w milczeniu to jedyne, co im pozostaje.

KRÓLOWIE WOJNY
 
Z tarasu galerii Cano można podziwiać cały skwer Bolivara. Zbiera się tu inteligencja i arystokracja cartageńska. W pewien sposób to jedno i to samo. W galerii podają znakomitą mrożoną kawę, produkowaną w okolicach Pereiry; sprzedają rękodzieło Indian Guahibos i Kuna oraz złotą biżuterię w stylu prekolumbijskim, ze szmaragdami. Po drugiej stronie skweru świecą kościstą bielą mury Pałacu Inkwizycji. Nad wszystkim króluje barokowa, złota kopuła katedry.
Gazety piszą o negocjacjach pokojowych, które rozpoczęły się w lutym 2000 r. Rząd prezydenta Pastrany oczekuje rozbrojenia oddziałów partyzanckich i ich pomocy w eliminacji upraw kokainy. Partyzanci komunistyczni żądają sprawiedliwości społecznej, redystrybucji bogactw w kraju, który ma 40 mln mieszkańców i 80 proc. z nich żyje w nędzy (w tym 21 proc. na progu przeżycia); żądają też zlikwidowania oddziałów paramilitarnych, będących narzędziem reakcyjnego i skorumpowanego wojska oraz rewizji Planu Kolumbia. Chodzi o 1600 mln dolarów, jakie Kongres amerykański przeznaczył na pomoc dla Kolumbii. Pod słowem pomoc kryje się walka z narkoprzemytem i większość pieniędzy zostanie wypłacona w helikopterach wojskowych.
Carlos Castańo – szef oddziałów paramilitarnych, które powstały w drugiej połowie lat 80., jako odpowiedź prawicy na sukces wyborczy Unión Patriótica – przez 10 lat ukrywał swoje oblicze pod czarną kominiarką. Teraz myśli o karierze politycznej. Tygodnik „Semana” przytacza jego wypowiedź: „Jeśli jest jakiś wróg do zabicia – ja mówię: zabić go! Można rozstrzeliwać i torturować. Wiem, że to pogwałcenie międzynarodowego prawa wojennego i praw człowieka i że przy okazji giną niewinni – ale to samo robią partyzanci. Przykro mi używać metod tak drastycznych, bo również oni są Kolumbijczykami i ludźmi – ale jestem zmuszony robić to dla dobra Ojczyzny”.
Obok, na kolejnych zdjęciach w gazecie, prezydent Andreas Pastrana oraz uśmiechnięta twarz Manuela Merulandy Veleza podczas negocjacji na rzecz pojednania narodowego w San Vincente del Caguan. Kolumbijczycy nazywają tego drugiego Tirofijo (celny strzał). Od ponad trzydziestu lat dowodzi Rewolucyjnymi Siłami Zbrojnymi Kolumbii. W młodości walczył, by rozszerzyć rewolucję kubańską i dokonać rewolucji komunistycznej również w swoim kraju. Dzisiaj coraz częściej jest oskarżany o powiązania z narkoprzemytnikami.
Na ostatniej stronie każdy z dzienników zamieszcza fotografie osób zaginionych. „Ktokolwiek widział proszony jest o kontakt...” – apele bliskich powtarzają się. Przypominają ogłoszenia chilijskich matek desaparecidos.
Ivan Ferero podczas spotkania w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Zagranicznych w Rzymie, gdzie przedstawiał projekt Colombia Nunca Mas (Kolumbia Nigdy Więcej) – nazwał to zbrodniami obrażającymi ludzkość. Uprowadzenia, porwania dla okupu, tortury, zabójstwa polityczne, egzekucje i masakry. Rodziny ofiar, liczne organizacje społeczne i religijne, związki zawodowe oraz stowarzyszenia kulturalne (kolumbijskie i międzynarodowe), jakie uczestniczą w tym projekcie – udokumentowały już 38 tys. przypadków popełnienia przestępstw kwalifikowanych jako zbrodnie przeciwko ludzkości. Odrażająca praktyka masakrowania zwłok, tak aby ofiary nie były rozpoznawalne, powoduje jednak, że zbrodnie te nie są klasyfikowane – nie istnieją więc oficjalnie.
Jedna z gazet publikuje czarno-białe zdjęcie ofiar masakry w El Saldo, mającej miejsce kilka lat temu. Ciała podziurawione przez kule, wyciągnięte na ziemi w szeregu. Pod spodem napis: „Oddziały paramilitarne zabiły 30 indios”. Kolumbijska fotoreporterka pokazuje zdjęcia przepięknych, wysmukłych kobiet z plemienia U’wa z kwiatami we włosach. Pozostało ich już tylko 50 tys. Słynna VII Brygada organizowała w latach 60. polowania na tubylców, nazywane guahibiadas.
W księdze gości hotelowych Thomkin’s House widnieje wpis: „Ojcze nasz, któryś jest w niebie, Panie gór i wiatru, Władco ptaków. Ty widziałeś ludzi – najeźdźców i kupców niewolników, jak zrywali nas siłą z drzew dżungli, łamali nasze skrzydła i wywozili daleko. Ty znasz nasze głosy i rozumiesz krzyki. Krzyki plemion wolnych: Guahibos, Kuna, Arhuacas. Posłuchaj więc naszego milczenia w tej klatce pełnej żalu...”

SZKOŁA MARQUEZA 

FNPI – Fundacja Nowego Dziennikarstwa Iberoamerykańskiego mieści się na ulicy San Juan de Dios. Zabytkowy dom kolonialny. Pokoje redakcyjne, sala konferencyjna, biblioteka, salon dla gości. To, co najbardziej uderza w Ameryce Łacińskiej – to kontrasty. Masakry, desplazados, desaparecidos i jednocześnie wysoki poziom kultury. Fundację założył Gabriel Garcia Marquez w 1994 r. Organizuje kursy profesjonalne dla dziennikarzy w różnych krajach iberoamerykańskich, patronuje jej UNESCO. Kilka ulic dalej – inna szkoła – Kolegium Ciała. Założył ją Alvaro Restrepo – słynny artysta i choreograf tańca współczesnego. Jego uczniowie (wśród których znajdują się również dzieci przegnanych) wyjeżdżają ze swoim pierwszym spektaklem do Paryża. W galeriach cartageńskich można obejrzeć obrazy młodych artystów nowojorskich. Na ulicach wielkie plakaty informują, że trwa międzynarodowy festiwal filmowy. Bez problemu można znaleźć kawiarnie internetowe i komunikować się z całym światem. Ci Kolumbijczycy, którzy mogą sobie na to pozwolić – podróżują dużo i mówią biegle w wielu językach.
Dyrektor FNPI Jaime Abello Banfi na pytanie – jakie nadzieje pokładają Kolumbijczycy w amerykańskim Planie Kolumbia i w negocjacjach pokojowych, które Pastrana podjął z partyzantką – odpowiada: – Ludzie pokładają nadzieję we wszystkich negocjacjach, które toczą się od 40 lat. Te z reguły koncentrują się na dalekiej przyszłości – równość społeczna, redystrybucja bogactw, uwłaszczenie ziemi... To procesy długoterminowe, podczas gdy Kolumbia potrzebuje zmian radykalnych. Prawdziwym problemem tego kraju jest koka. Narkoprzemytnicy żyją z kokainy, partyzantka i oddziały paramilitarne finansują się z uprawy i handlu kokainą. Z powodu kokainy się zabija, przepędza ludzi, niszczy środowisko. Nieustający konflikt zbrojny to dobry biznes i rynek zbytu dla międzynarodowych producentów broni. Moim zdaniem polityka prohibicji zaczyna zbyt dużo kosztować. Nie łudzę się – w Kolumbii zapanuje pokój dopiero wtedy, gdy uprawa koki zostanie zalegalizowana i kontrolowana przez państwo.
Na lotnisku w Bogocie armia celników kontroluje skrupulatnie bagaże pasażerów. Przeszukuje ubrania, zagląda do kosmetyczek. Poszukuje czegoś, co przypomina sproszkowaną kredę.
We Frankfurcie witają dwa wilczury. Obwąchują dokładnie osoby i bagaże, podczas gdy policja sprawdza paszporty.

© AGNIESZKA ZAKRZEWICZ, 2001

Reportaż został opublikowany w Tygodniku POLITYKA
 
----------------------------------------------------------------------
Wszystkie teksty i zdjęcia zamieszczone na tym blogu są chronione prawem autorskim.
Wszelki plagiat, przedruk lub wykorzystywanie bez zgody autora
jest wykroczeniem i roszczenia z tego tytułu będą dochodzone
na drodze sądowej.

Obrzyn i szpilki


„W tradycji mafijnej — małżeństwo jest nierozwiązywalne,
rozwodu nie praktykuje się, separacja jest nie do pomyślenia.
Jedyna kobieta ważna dla mafiosa to matka jego dzieci -
inne to kurwy. Jeżeli przez przypadek mąż honoru
ożeni się źle — niech hoduje złą żonę i przestrzega wartości
rodzinnych — dba o dzieci i ich matkę, tak aby niczego im
nie brakowało. Reszta to jego sprawa — niech jednak robi
to z największą dyskrecją”

Giovanni Falcone „Cose di Cosa Nostra”

Sycylia. Corleone. Plac Sędziów Falcone i Borsellino stanowi klin u zbiegu dwóch jednokierunkowych ulic. Stoi tu posąg św. Franciszka, który rozkłada ręce w geście pokoju. Część placu zajmuje park komunalny pełen wysokich palm o rozłożystych koronach. Drugą część stanowi trójkątny skwer wyłożony kostką brukową. Roi się na nim od mężczyzn stojących w grupkach, dyskutujących i gestykulujących zawzięcie. Co jakiś czas któryś przechodzi do innej grupki i wykłada swoje racje, albo bierze pod rękę wybranego interlokutora i prowadzi go na przechadzkę do parku, tłumacząc sprawę do ucha, konfidencjonalnie. Pod pomnikiem Nimfy, na wprost bramy parkowej siedzą w rzędzie staruszkowie. Każdy ma czapkę z daszkiem i opiera się na lasce. Obserwują i milczą. Pod barem kilku wyrostków podpiera ściany. Milczą i obserwują czujni jak psy.
— Gdzie mieszka Ninetta Bagarella? — pytam barmana. Corleone to w końcu małe miasteczko i jak w każdym włoskim miasteczku wszyscy wiedzą wszystko o sobie.
— Kto? — odpowiada jakby nie dosłyszał.
— Ninetta Bagarella, żona Toto Riiny. Ich córka wyszła za mąż we wrześniu i podobno otworzyli sklep ze sprzętem rolniczym...
— A… Nie, nie znam ich osobiście. Niech pani idzie do góry i tam się dowiaduje...
Ulica Rzym wspina się stromo — odchodzą od niej wąskie uliczki, zabudowane gęsto przez stare i nowe domy. Snują się po nich kobiety, które wyszły na zakupy i wracają z pełnymi siatkami. Są ubrane na czarno, niektóre w czarnych chustkach na głowie. Mają czerstwe twarze i patrzą jakby nic nie widziały.
W sklepie z sukniami ślubnymi pytam znów o rodzinę Riina. Sprzedawczyni blednie i wzrusza ramionami. Wykręca się też spotkany po drodze policjant: — Ja nic nie wiem — nie jestem stąd. Zastępuję tylko kolegę na dwa dni. Młodziutki sierżant w komisariacie wskazuje wreszcie drogę, ale z poważną miną odradza wizytę i jakiekolwiek rozmowy — Wie pani co to jest „lupara bianca“?
Wiem: strzelba z oberżniętą lufą. Po polsku – obrzyn. W przenośni również zabójstwo bezdowodowe, które bardzo często zdarza się na Sycylii. Ciało ofiary zostaje zatopione w cemencie, zasypane wapnem lub rozpuszczone w kwasie. Nie ma ciała – nie ma zbrodni.

Bonnie i Clyde z Cosa Nostra

Ninetta Bagarella wróciła do Corleone po aresztowaniu Riiny, w 1993 roku. Nie było jej 18 lat, od kiedy pewnej nocy ulotniła się bez śladu, by uniknąć więzienia. Pochodzi z rodziny mafijnej z długimi tradycjami: dziadek i ojciec byli bossami regionalnymi, brat Leoluca to najokrutniejszy killer Cosa Nostra. Również ona poślubiła mafiosa, i to największego. Don Salvatore Riina to krwawy ojciec chrzestny sycylijskiej Kopuły z klanu corleończyków, zwany „Krótkim“. Policja włoska oskarża go o tysiąc zabójstw. Między innymi wydał wyroki na sędziów Falcone i Borsellino. Po 24 latach Riinę zdradził jego szofer — Balduccio di Maggio. Podobno dlatego, że boss nie pozwolił mu rozwieść się z żoną i żyć z młodą kochanką.
Ninetta zakochała się w bossie starszym o 14 lat będąc jeszcze dziewczynką. Skończyła literaturę na Uniwersytecie w Palermo i uczyła gimnastyki w tutejszej szkole. Był to ewenement w tamtych czasach, gdyż kobiety w małych miasteczkach nie były wyemancypowane. Kiedy Riina zszedł do podziemia, Bagarella broniła swojego chłopa jak lwica. Udzielała wywiadów prasie, a na rozprawach sądowych twierdziła, że mafia to wymysł dziennikarzy. Nosiła warkocze i kolorowe sukienki, zupełnie nie przypominając tradycyjnej żony bossa: grubej matrony ubranej na czarno. Chciano ją skazać na przymusowe przesiedlenie pod nadzorem policyjnym, ale sędzia został zamordowany, a ona uciekła.
Wyszła za Riinę potajemnie w 1974 r. Sakramentu udzielił ksiądz, lecz ślubu nie zarejestrowano. Prawny ślub wzięli dopiero w 1995 r., w palermiańskim więzieniu Ucciardone. Jak się później okazało, był on potrzebny, aby wynosić szyfrowane rozkazy dla klanu. W wielkim procesie przeciwko mafii w 1986 r., w którym skazano 475 mężów honoru wymierzając im łącznie 2665 lat więzienia — nauczycielka z Corleone była jedną z czterech oskarżonych kobiet. Nie skazano jej, gdyż wtedy wciąż panowało przekonanie, że żony i konkubiny bossów są ofiarami kultury mafijnej.
Bonnie i Clyde z Cosa Nostra przez wszystkie te lata – ścigani przez policję i Interpol — ukrywali się w willi z basenem na przedmieściach Palermo. Sąsiedzi jednak nie donosili. Bagarella urodziła Riinie czwórkę dzieci: Marię Concettę, Giovanniego, Giuseppe i Lucię. Wszystkie przyszły na świat w najlepszych klinikach sycylijskiej stolicy i wszystkie zostały zarejestrowane w urzędzie miasta. Giovanni poszedł w ślady ojca — trafił za kratki jako niepełnoletni w 1996 r. i otrzymał wyrok 4 lat i 8 miesięcy za „stowarzyszenie mafijne”. Ninetta znów zaczęła rozmawiać z dziennikarzami. Miała tym razem czarną chustkę na głowie i mówiła, że policja prześladuje całą rodzinę za nazwisko. 23 listopada 2001 roku sąd skazał syna powtórnie — tym razem na dożywocie i to w wieku 25 lat, za cztery zabójstwa. Matka podobno po raz pierwszy uroniła dwie łzy.
W komisariacie w Corleone, przełożony sierżanta powiedział mi, że kiedy rodzina Riina wróciła do miasteczka — Giovanni dał się od razu we znaki: pruł na motorynce po Placu Sędziów Falcone i Borsellino, rozjeżdżając gołębie. Potem przejął klan po ojcu. W ramach chrztu mafijnego swoją pierwszą ofiarę udusił gołymi rękami.

Cosa Nostra w rękawiczkach

W małym miasteczku, takim jak Corleone, trudno nie wiedzieć, gdzie jest Agri-Mar — luksusowy sklep z maszynami i nowoczesnym sprzętem rolniczym. Znajduje się przy głównej drodze, obok stacji benzynowej. Zainwestowali w niego 27-letnia Maria Concetta, 24-letni Giuseppe (rodzeństwo Riina) i 26-letni Tony Ciaravello, świeży zięć Krótkiego. Ślub odbył się 6 września 2001 roku, w kościele św. Matki Corleone. Było ponad stu gości i panna młoda niosła wiązankę z kwiatów pomarańczy. Huczne wesele wyprawiono w restauracji. Starszy pan, który wskazał mi Agri-Mar, powiedział, że było to prawdziwe święto – przez miasteczko przejechała karawana luksusowych samochodów trąbiąc głośno.
Tony Ciaravello — nieduży grubasek z cwanymi oczkami i lekko zabazgraną kartoteką — miota się po sklepie pełnym mężczyzn, podobnych do tych, którzy stali wcześniej na placu. Teść i szwagier są za kratkami — więc on musi rządzić, co wyraźnie sprawia mu przyjemność. Nie chce rozmawiać i nie pozwala, żebym fotografowała. Dziennikarze i sędziowie prześladują nas – krzyczy. — Kiedyś się z wami wszystkimi policzymy! Rozumiem jego wściekłość — w poprzednim tygodniu państwo zarekwirowało majątek biznesmena, w którego willi ukrywała się rodzina Riina, o wartości 140 milionów dolarów. Sporą część stanowiły pieniądze rodzinne ukryte pod cudzym nazwiskiem.
Agri-Mar nie należy prawnie do nikogo z trójki – zapewniono mnie o tym w urzędzie miasta. Na pytanie: skąd tak młodzi ludzie wzięli pieniądze na inwestycję, skoro o kredyty nie jest łatwo? – urzędniczka wzrusza ramionami i odpowiada: — W Corleone mieszka też żona Provenzano i wszyscy wiedzą, że posiada wille, tereny, konta w banku, udziały akcyjne i inwestuje na giełdzie. Prowadzi interesy rodzinne jak wykwintny menedżer i niczego nie można jej udowodnić, bo wszystko jest zarejestrowane na osoby trzecie.
Saveria Palazzolo – żona „ojca chrzesnego“ sycylijskiej mafii – jest z zawodu szwaczką. W 1992 r., pojawiła się w komisariacie i oświadczyła — Jestem kobietą Bernarda Provenzano i chcę żyć spokojnie w domu. Wielokrotnie oskarżano ją o współpracę z mafią, pranie brudnych pieniędzy, ukrywanie przestępców i organizację działalności kryminalnej. Kiedy Provenzano uciekł w 1969 r., wraz z Riiną — policja zaczęła obserwować młodą Saverię. Gdy okazało się, że jest w ciąży z pierwszym dzieckiem, wezwano ją pytając gdzie jest mąż? Odpowiedziała — Dzieci robi się nie tylko z mężem… Potem uciekła tak jak Ninetta.
Bernardo Provenzano — poszukiwany listem gończym od 1963 roku, dowodzi Cosa Nostra z ukrycia i po aresztowaniu Riiny został szefem Kopuły. Nikt nie wie jak rzeczywiście wygląda, gdyż jego jedyna fotografia została zrobiona gdy był młody. Nosi pseudonim „Traktor“ — co mówi wszystko o metodach jakie stosuje.
W komisariacie powiedziano mi również, że Saveria Palazzolo i Ninetta Bagarella to długa ręka Cosa Nostra w atłasowej rękawiczce. Są dowodem na to, jak mafia się zmieniła w ostatnich latach.
Przyciskam wskazany mi dzwonek, przy którym nie ma żadnego nazwiska.
— Kto tam? — przez domofon odzywa się głos kobiecy.
— Jestem dziennikarką, przyjechałam z Polski, z kraju papieża. Chciałam porozmawiać… – wiem, że Bagarella jest bardzo religijna.
W oknie za zasłonką pojawia się cień.

Milczenie jest złotem

Palermo. Pani Maria – siostra sędziego Falcone, mieszka w centrum miasta. Przy wejściu do klatki schodowej czuwa dwóch policjantów. W najgorętszym okresie walki z mafią w pobliżu domów sędziów Falcone i Borsellino nie można było zatrzymywać się i parkować w odległości mniejszej niż sto metrów. Sąsiedzi protestowali w obawie o własne życie i Dyrekcja Śledcza Antymafii przeprowadziła sędziów do bunkra. Nie pomogło… 23 maja 1992 r. na autostradzie w okolicach Capaci mafia dokonała zamachu. Zginęli sędzia Falcone, jego żona Francesca Morvillo i trzej agenci eskorty. 19 lipca 1992 r. na ulicy D’Amelio wybuchła bomba w aucie zaparkowanym pod domem matki sędziego Borsellina. Wraz z nim zginęło pięciu agentów ochrony.
Mieszkanie pani Marii jest pełne pięknych przedmiotów. Gablota z porcelanowymi pastuszkami z XVII wieku, widoki Palermo i Sycylii malowane przez znanych artystów, perskie dywany i srebrne bibeloty wskazują, że rodzina ma długą tradycję mieszczańską. Jasne kolory sof i foteli czynią salon przytulnym, i bezpiecznym. Mała fotografia brata jest ustawiona na sekretarzyku przy wejściu.
– Moim zdaniem to Bagarella ponosi większą odpowiedzialność niż Riina, bo to kobieta przekazuje wartości w rodzinie – pani Maria zaczyna swoją opowieść – A co ona przekazała dzieciom? Zresztą czemu się dziwić, skoro jej brat dopuścił się takich zbrodni...
Brat Ninetty to Leoluca Bagarella, krwawy oprawca. Kiedy Riina trafił do więzienia, wydał rozkaz wymordowania wszystkich zdrajców. Vincenzina Marchese – żona Leoluki Bagarelli – powiesiła się. Trudno powiedzieć czy ze wstydu – gdyż jej brat, boss Filippo Marchese, zaczął kolaborować z policją – czy też z depresji wywołanej życiem z mężem mordercą w ukryciu. Wiedziała ponadto, że Leoluca powinien – i potrafi – ją zabić, aby zmazać plamę na honorze. Jej ciało zniknęło. Brat Ninetty uprowadził 11-letniego Giuseppe, syna Santiny di Matteo, który stał się świadkiem koronnym. Dziecko przetrzymywano ponad rok. Udusił je Giovanni Brusca pod osobistym nadzorem Leoluki. Potem ciało małego rozpuścili w kwasie solnym. Z rąk Leoluki zginęła też Antonella Bonomo. Miała 23 lata i była w trzecim miesiącu ciąży. Po latach znalazły się strzępy zwłok. Obecnie Bagarella odsiaduje wielokrotne dożywocie tak jak jego szwagier Tono Riina.
– Bagarella nie jest ikoną mafii i nigdy nią nie będzie – kontynuuje siostra sędziego. – Kiedy boss umiera lub kończy w więzieniu, żona bossa staje się wdową. Nie rozmawia z nikim, nie pokazuje się publicznie, nie przyjmuje gości w domu, ubiera się tylko na czarno. Wtedy jest to kobieta godna szacunku całej mafii. Taka była Rosaria Castellano – żona Michela Greca, starego padrino, zwanego Papieżem. Ujęli go w bacówce w górach z Biblią w ręku. Od tamtego czasu ona zamknęła się w willi niczym zakonnica. Żona Stefana Bontadego, zwanego Księciem – bossa klanu Inzerillo, zrobiła tak samo.
Papież wydał ponad 100 wyroków śmierci – w tym na sędziego Rocca Chinniciego i komisarza Ninniego Cassara. Złapany 20 lutego 1986 r., odsiaduje dożywocie. Książę został zlikwidowany przez corleończyków w 1981 r. strzałami w twarz.
Pino Arlacchi napisał w „Mężczyznach bez honoru”, że jeżeli kobiety coś wiedzą, wcześniej czy później mówią. Z tego powodu każdy mafioso starał się trzymać jak najdalej od spraw cosa nostry żonę, matkę, siostry i córki. Robił to, żeby je chronić, bo jeżeli kobieta coś wiedziała, kończyło się tak, że musiał ją zabić albo on, albo ktoś za niego.
– Pamiętam zaskoczenie i radość mojego brata, kiedy w 1989 r. przyjechała do niego Rita Simoncini – opowiada Maria Falcone. – Rita była konkubiną Francesca Marina Mannoia – chemika rafinującego heroinę. Żył z nią od lat i miał córkę, ale ożenił się z Rosą z rodziny bossa Vergano, bo był to dobry mafijny mariaż. Cosa Nostra przymykała oko na jego niemoralne prowadzenie się. Kiedy jednak poprosił o zgodę na rozwód – Książę mu odmówił. Po śmierci bossa, Mannoia zdecydował się na współpracę z policją, aby móc wreszcie żyć z Ritą. Gdy zaczął opowiadać o produkcji i handlu heroiną, zabito w odwecie jego matkę, siostrę i ciotkę. Trzy kobiety rozstrzelano przed domem z karabinu maszynowego pierwszy raz w historii mafii. Żona rozwiodła się z nim w pośpiechu, aby nie nosić nazwiska zdrajcy. Dziś Mannoia i Simoncini żyją razem w Ameryce pod zmienionym nazwiskiem, objęci programem ochrony przez FBI.
Luciano Liggio zrewolucjonizował kodeks honorowy starej mafii, każąc zabijać kobiety i dzieci. Nazywano go Profesorem. Przejął władzę po Papieżu i kiedy był szefem Kopuły, podlegali mu Riina i Bagarella. Liggio miał olbrzymie powodzenie u kobiet. Kiedy zabił przywódcę ruchu chłopskiego – narzeczona ofiary przyrzekła zemstę, krzycząc na placu, że zje wątrobę mordercy. Potem zbrodniarza ukrywała we własnym domu.
Pierwszą kobietą na Sycylii, która współpracowała z policją, była Antonina Orlando. Zabili męża na jej oczach. Poszła do adwokata, który wziął pieniądze i doradził, aby milczała. Na szczęście sprawą zainteresował się inny adwokat, broniący wcześniej Frankę Viola – pierwszą dziewczynę, która zdecydowała się oskarżyć swojego gwałciciela. Te odważne kobiety to jednak kropla w morzu. Niestety Sycylijki w większości są jak trzy małpki: jedna zatyka oczy, druga uszy, trzecia usta.
Maria Falcone po zamachu na brata założyła fundację, aby propagować ideały, w jakie wierzył. Przy ulicy Notarbartolo 102, naprzeciw domu sędziego, rosła olbrzymia magnolia. Po zamachu, jeszcze tej samej nocy, ludzie zaczęli przychodzić pod to drzewo. Składali kwiaty, palili znicze, wieszali kartki z kondolencjami, wierszami, protestami. Wisiały jak liście przez wiele tygodni. Później rodzina zebrała je i wydała książkę. Magnolia stała się pomnikiem spontanicznie poświęconym Giovanniemu przez ludzi, dla których był nadzieją.

Nasze głuche milczenie

Na ulicy D’Amelio, gdzie zginął Paolo Borsellino, o zamachu bombowym przypomina tylko mała tabliczka pamiątkowa. Siostra sędziego — Rita Borsellino widziała, jak mafia wysadza w powietrze jej brata. Tak jak Maria Falcone robi wszystko, aby nie zapomniano.
Stąd jest blisko do Ucciardone – pentagonalnej twierdzy przemienionej w najcięższe włoskie więzienie. Tu odsiadują wyroki wszyscy mężczyźni Ninetty Bagarelli. W środku, w auli sądowej przemienionej w bunkier, odbył się wielki proces, gdzie głównym świadkiem był Tommaso Buscetta. Bossowie siedzący w klatkach, przeciw którym zeznawał – krzyczeli: – Wysoki Sądzie, jak można wierzyć facetowi, który jest bigamistą.
Pierwszy świadek koronny we Włoszech zdradził wszystkie sekrety mafii i wszystkie zasady męża honoru. Jego słabością były kobiety. Miał trzy żony. Z pierwszą – Melchiorrą Cavallaro, ożenił się w wieku 17 lat i bardzo szybko spłodził czwórkę dzieci. Kiedy się roztyła – uwiódł Verę Girotti, kochającą ruletkę i życie nocne. Poślubił ją w Nowym Jorku pod zmienionym nazwiskiem i przez 5 lat żył w bigamii. Miał z Verą dwoje dzieci – pozostawiła go z nimi któregoś dnia, zmęczona ucieczką przed Interpolem. Ostatnią wybranką została brazylijska studentka – Maria Cristina de Almeida Guimaraes. Po ślubie, kiedy Cristina była w ciąży z pierwszym dzieckiem, zatrzymała ich policja brazylijska. Kiedy boss siedział w więzieniu po raz drugi, klan corleończyków wymordował mu całą rodzinę. Buscetta zaczął współpracować z sędzią Falcone z miłości do Cristiny.
Od Ucciardone centralną ulicą Wolności można dojść do sądu. Pałac Sprawiedliwości to też obiekt pilnie strzeżony. Gigantyczna budowla z białego marmuru w stylu faszystowskim ma przestrzenne korytarze i olbrzymie aule sądowe. Również i te mury niejedno widziały. Na przykład procesy w sprawie Serafiny Battaglia. Kolejnej wdowy. Przez lata namawiała swojego przyrodniego syna, aby pomścił ojca. Kiedy zabili także jego – z zemsty oskarżyła 30 bossów i świadczyła przeciwko nim w przewodzie sądowym trwającym niemal 20 lat. W sali obrażała przestępców – Wszyscy mafiosi to rogacze! — pluła na nich, wrzeszczała histerycznie. Kiedy sąd przywoływał ją do porządku – odpowiadała: – Gdyby wszystkie kobiety zachowywały się tak godnie jak ja, mafii na Sycylii nie byłoby już od dawna!
Kilka ulic dalej mieści się Centrum Peppino Impastato. Stara Felicia Bartolotta Impastato mieszka w Cinisi nieopodal Palermo. Jej mąż był związany z klanem Tana Badalamenti. Jeden z dwóch synów – Peppino, w dzieciństwie przeżył zamach bombowy na wuja. Jako student założył radio w miasteczku i agitował przeciwko mafii oraz jej lokalnemu bossowi. 9 maja 1963 r. Peppino Impastato został pobity i uduszony. Zwłoki wysadzono w jego samochodzie. Było to w dzień zabójstwa porwanego premiera Aldo Moro – nikt więc do morderstwa na prowincji nie przykładał wagi. Śledztwo umorzono, gdyż skorumpowana policja orzekła, że Impastato należał do Czerwonych Brygad i zginął próbując dokonać zamachu. Z biegiem lat matka i przyjaciele: Anna Puglisi i Umberto Santino, założyli pierwsze we Włoszech stowarzyszenie walczące przeciw mafii. W 1994 r. wystąpili o powtórne dochodzenie. Sprawiedliwości stało się zadość dopiero w marcu 2001 r., po 38 latach.
To również kobiety potrafiły przeciwstawić się skutecznie przestępczości zorganizowanej, zmuszając polityków, aby wydali jej walkę. Po zamachu na sędziów przez miesiące trwał w Palermo protest białych prześcieradeł wywieszanych z okien, milczące marsze i całonocne czuwania. Pogrzeb 19-letniej Rity Atria, która była najmłodszym świadkiem koronnym płci żeńskiej (w procesie przeciwko zabójcom ojca i brata) – stał się ogólnokrajową manifestacją środowisk kobiecych. Kiedy mafia zabiła Borsellina – Rita rzuciła się z okna. Na jej pogrzebie w Partanna matka nie pojawiła się uważając, że córka jest zdrajczynią. Przyjechały za to kobiety z całych Włoch. Stara Atria przyszła na grób po kilku dniach i zdjęcie córki rozbiła młotkiem.
Dziewczynka prowadziła dziennik, napisała w nim: „Mafia to także my – nasze ślepe i głuche milczenie”.

Reportaż „Obrzyn i szpilki“ został opublikowany przez tygodnik POLITYKA, 2002

----------------------------------------------------------------------
Wszystkie teksty i zdjęcia zamieszczone na tym blogu są chronione prawem autorskim.
Wszelki plagiat, przedruk lub wykorzystywanie bez zgody autora
jest wykroczeniem i roszczenia z tego tytułu będą dochodzone
na drodze sądowej.